Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Malcadicta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Malcadicta. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 czerwca 2014

|0069| takasobiehistoria.blogspot.com

Ocena bloga: taka sobie historia
Autor bloga: Taimi Arvoitus
Oceniająca: Malcadicta

Okej. Zacznę od przeproszenia, że nie było mnie tyle czasu. Nic nie mam na swoje usprawiedliwienie poza tym, że przeżyłam jeden z najbardziej intensywnych okresów nauki w moim życiu. No i jakoś trudno było się zabrać za pisanie...

Obiecuję jednak postarać się, żeby oceny pojawiały się w miarę regularnie. Serdecznie zapraszam do zgłaszania się do rekrutacji. Pojawiło się już kilka zgłoszeń, jak na razie jednak nie dostałam żadnej oceny próbnej.


Adres jest prosty, łatwy do zapamiętania i czytelny. Generalnie rzecz biorąc – jest najzupełniej najzupełniej porządku.

Po kliknięciu w link blog wita ciepłymi kolorami. Wszystko utrzymane jest w różnych odcieniach brązu i bieli, co daje bardzo przyjemny dla oka efekt, zwłaszcza z pomarańczowymi akcentami odrobinę ożywiającymi szablon. Nie jestem jedynie pewna pomarańczowego jako koloru dla linków po prawej stronie, ale generalnie cały szablon jest estetyczny i nie męczy oka. Czcionka czytelna, przydałoby się jednak wprowadzić akapity, żeby tekst był bardziej czytelny.

Jeszcze jedną rzeczą, do której się trochę przyczepię, będzie tło posta, bo dość wyraźnie widać miejsca, w których grafika się powtarza, ale to tylko drobny mankament.

Przejdźmy zatem do podstron.

„O blogu” – błędów nie zauważyłam, napisane luźno, zachęcająco – gdybym trafiła na Twój blog przez przypadek, po przeczytaniu tej podstrony z pewnością zabrałabym się za opowiadanie.

„O mnie” – z czystej ciekawości sprawdziłam sobie, co to za język, który tak Ci się podoba. Wyszedł mi fiński, ale bardziej zaskoczyło mnie tłumaczenie „problemy z rozsadą/sadzonką”. To w sumie tylko taka dygresja, bo chciałam się zapytać, czy rzeczywiście to jest tłumaczenie Twojego nicka.

Jestem bardzo nieśmiała, chociaż bardzo nie chcę za taką uchodzić.

Powtórzenie.

Jestem dziwną fuzją umysłu humanistycznego i ścisłego – kochając książki, uwielbiając pisać i niemal bez wysiłku opanowując gramatykę, interpunkcję i ortografię uważam to wszystko za obrzydliwie nudne

Znaczy kochasz to wszystko i uważasz jednocześnie za obrzydliwie nudne, łącznie z pisaniem i czytaniem?

„Mielonka” – fajna nazwa. Aż się człowiek uśmiecha, jak wchodzi w zwyczajny SPAM.

Techniczna część za nami, przejdźmy do meritum.

Rozdział I

Matt z ulgą wbiegł po trzech schodkach, otwierając drzwi odrapanego sklepu monopolowego.

Otwierał, wbiegając?

Facet zarechotał głośno z własnego dowcipu

Tu Ci zeżarło akapit, tak informacyjnie wspomnę.

Patrzył jak zahipnotyzowany na śmigającego potwora, który zataczał wokół niego coraz ciaśniejsze kręgi, wykonując niemożliwe ewolucje.

Jak wielki jest ten wilkołak, że chłopak spokojnie może sobie na nim jechać? I nie spadać na dodatek?

Z powodu tempa, najbliższe widoki były kompletnie rozmazane, toteż Matt skupił wzrok na dalszych.

Bez przecinka po „tempa”. I lepiej brzmiałoby jakoś „najbliższe otoczenie” lub coś podobnego…

Bardzo plastyczne opisy w tym rozdziale, muszę Ci ich pogratulować. Pierwszy rozdział bardzo dobrze zachęca do dalszego czytania, co odczułam na własnej skórze. Gdybym trafiła na Twojego bloga przez przypadek, najprawdopodobniej czytałabym dalej.

Rozdział II

Zastanawiam się nad tym, w jakim świecie i z jaką technologią żyją, a to głównie przez aspekt medyczny. Leczą u Ciebie głównie ziołami, nie próbują też wykradać leków, a zioła z pewnością nie pochodzą z ziemi – nie znam takiego, którego liście przysunięte do twarzy znieczulają. Mają urządzenia w szpitalu, mają kroplówki, ale jako leki najczęściej wymieniasz różne zioła.

Widzisz... Nie wiem, czemu tu jesteś.

No jak to nie wie? Przywiozła mu go pewnie Hal, ewentualnie z towarzystwem, a w tym samym czasie dostarczono też tamtą dziewczynkę. Więc Maks doskonale wie, że po prostu oboje ucierpieli i tak znalazł się tam zwyczajny chłopak.

Właściwie czemu jeszcze nie odkryto tego obozu, skoro jest obok jeziora, na płaskim, odkrytym terenie? Skoro jesteśmy jesteśmy naszym świecie, powinni być w stanie ich namierzyć dość łatwo, choćby przez satelity – zajęłoby to chwilę co prawda, ale nie są ukryci. Przecież sami mieszkańcy obozu są w stanie obserwować konkretnego wilkołaka, więc czemu ich przeciwnicy nie potrafią wykryć wielkiego skupiska ludzkiego?

Świetnie pokazujesz zdezorientowanie chłopaka po trafieniu do nowego otoczenia – widać, że nie rozumie, co się tu dzieje, na jakiej zasadzie to wszystko działa.
Jedyna rzecz, której nie rozumiem, to czemu o nic nie pyta.

Nie wiedział co się dzieje, ani gdzie jest.

Przecinek przed „co”.

Chłopak pokiwał głową, wziął podane przez nią ubrania i poszedł do dalszej części namiotu.Odłożył ubrania na ziemię i otarł załzawione oczy.

Rozdział III

Zjadło spację po kropce.

Mam takie wrażenie, że rozmowa z dowództwem obozu była zupełnie niepotrzebna. Skoro są zajęci, a i tak planowali tylko powiedzieć mu, że chwilowo tu zostaje, po co go wołali? Równie dobrze mogliby wysłać kogoś, kto by mu o tym powiedział. Cała rozmowa składała się z przedstawienia sobie kilku ludzi w pokoju i krótkiej wypowiedzi Nelly. Spróbuj sobie wyobrazić tę rozmowę - wchodzisz do pokoju, pół sekundy później wychodzisz. Rozumiem, że rozmowa ma być krótka, ale powinna jeszcze być rozmową.

Każdy mógł się przejść główną ulicą, ale dopiero tu, w tym labiryncie podwórek i przejść widziało się prawdziwe miasto, jego duszę. I tylko nieliczni umieli się tu poruszać, zazwyczaj ci, którzy mieli coś na sumieniu.

Czyli w tym obozie, zamieszkanym podobno głównie przez dzieci, w schronieniu dla uchodźców, mają „niebezpieczne dzielnice”? I to właśnie w takiej mieści się sklep?
A skoro Taimi umie się tutaj poruszać… co ma na sumieniu?

Pisałaś, że obóz ma problemy z zaopatrzeniem. Skąd zatem wziął się sklep tak dobrze zaopatrzony, że ma „dział dżemów”? Mają problem tylko ze zdobywaniem leków?

– Tacy, w których nie wierzysz. – uśmiechnęła się do niego smutno. – Widzisz, wasz... rodzaj, można to tak nazwać, ma niesamowitą... fiksację na punkcie normalności.

„Uśmiechnęła” z wielkiej litery.

Używasz trochę zbyt dużej ilości wielokropków. W pewnym momencie zaczyna się to robić dość irytujące dla czytelnika. Mam tu na myśli niektóre ciągi myślowe Matta i część dłuższych wypowiedzi (na przykład Taimi).

Jedyny problem, jaki mam z rozmową Matta i Taimi to fakt, że chłopak wydaje się akceptować wszystko, co mu powiedzą bez zbędnych pytań czy ciekawości. Zwłaszcza brakuje mi pytania o uzdolnienia Taimi czy o „rasy starożytne” – które konkretnie istnieją.

Moi rodzice są dla mnie… jak prawdziwi rodzice.

A nie widać ich przez resztę rozdziałów. Taimi mieszka z bratem, o rodzicach wyraża się w czasie teraźniejszym… Gdzie oni są?

Przez małe okienko wpadał jasny blask Księżyca

Księżyc pisze się z dużej litery tylko, kiedy mówimy o nim w znaczeniu terminu astronomicznego.

Rozdział IV

Jasne światło wstającego Słońca padało na mokrą po nocy trawę niemal poziomo

To samo, co w przypadku księżyca. Dużej litery używa się tylko w przypadku Słońca w znaczeniu astronomicznym.

To nie był pierwszy raz tego ranka, gdy chłopak wyrażał zbulwersowanie jej ubiorem.

To, co powiedział, kwalifikuje się raczej jako zdumienie, nie zbulwersowanie. Za SJP zbulwersować to: „wzbudzić gwałtowne, nieprzychylne emocje; wzburzyć, zgorszyć”.

Teraz, gdy Słońce zaczęło już porządnie rozgrzewać ziemię

Słońce raz jeszcze.

– Oj, daj spokój. Myślałam, że jesteś tuż za mną. Siadaj i się częstuj – wskazała miejsce koło siebie.

„Wskazała” z dużej litery.

Bardzo przyjemnie czyta się opis spaceru.

Taimi rozłożyła na ziemi sweter Matta i sięgnęła do zawieszonego na biodrze mieszka.

Nie pogniotły się, nie zniszczyły? Do mieszka zmieści się chyba niewiele. Skoro zbiera rośliny dla całego szpitala, nie powinna wziąć plecaczka?
No i skoro tuż obok obozu mają las, w którym rosną wszystkie potrzebne rośliny, czemu brat Taimi w ogóle dopuścił do tego, żeby się jakieś kończyły, skoro powinien raczej mieć kogoś w szpitalu od zbierania roślin i przechowywaniu ich?

Taimi uniosła w palcach dziwny, pomarańczowy owoc w kształcie podobnym do diamentu.

Diament to nie kształt, tylko minerał. Dopiero po oszlifowaniu, jako brylant, ma ten znajomy kształt – a i wtedy pociąć go można na wiele sposobów. Choćby i w serduszka.

Czemu Sebastian ryzykuje życiem swoich i pasażerów tylko po to, żeby przyspieszyć podróż o kilka sekund przeskakiwaniem przez przepaść? Rozumiem, że z jakiegoś powodu Angie trzeba powiadomić bardzo delikatnie, ale nie rozumiem powodu do aż tak wielkiego pośpiechu.

– Masz, zrób sobie z tego opatrunki, okej? Na szczęście nie jesteś połamany

A jest pewna, że chłopak, który przez całe życie mieszkał w mieście będzie miał jakiekolwiek pojęcie o tym, co zrobić z nieznanymi jagodami i liśćmi?

Ta krew… To był ostateczny dowód.

Owszem, to może oznaczać obrażenia wewnętrzne. Może też oznaczać, że w trakcie uderzenia Sebastian ugryzł się w język.

Rozdział V

W początkowej części pojawiło się Angie zamiast Andie.

Nie biegła nawet w połowie tak szybko, jakby mogła

„Jakby” w tym wypadku oddzielnie – „jak by”. Lub „jak mogłaby”.

– Tak, trzy minuty po fakcie. Jak się nie znasz, to się nie wypowiadaj – ostro przerwał chłopak.

„Ostro” z dużej litery.

– No. Wysoka, chuda, krótkie włosy… Płaska jak deska – uśmiechnął się drwiąco. – W każdym razie

„Uśmiechnął” z dużej litery.

– Tak czy inaczej – zaczął powoli – to nie ja spowodowałem wypadek, więc mógłbyś…
– Oj, zamknij się. Mały chłopiec odwiedził świat magii i ten okazał się nie tak cudowny, jak mu się wydawało – zakpił Sebastian. – Pora się przyzwyczajać, mały. Tu co chwila ktoś ginie.


Odpowiedź Sebastiana niewiele ma wspólnego z tym, co powiedział Matt. Po drugie – „tu co chwila coś ginie” powiedziene przez chłopaka, który cierpi w większości z własnej głupoty, jakoś nie wywierają odpowiedniego efektu. Chyba, że „nie tak cudowny” miało znaczyć, że i uzdolnieni bywają głupi.

To nie ma sensu, myślał. Po to znalazłem… przyjaciół, żeby teraz, od razu, ich stracić? Dlaczego wszystko tak się kończy?

Przyjaciół? Jakich przyjaciół? O Taimi prawie nic nie wie, a Sebastiana spotkał mniej niż pół godziny temu.

Nie do końca rozumiem, po co śpieszą się aż tak. Domyślam się, że Andie ma jakąś moc, która mogłaby spowodować niejakie zniszczenia, gdyby wyprowadzić dziewczynę z równowagi, ale żeby z tego powodu Sebastian chciał ryzykować życie trójki ludzi? W kwaterze tylko z tego powodu siedzą spokojnie i nie próbują pomagać patrolowi?

Dodatkowo nie wytłumaczyli się z tej nieobecności ani słowem…

To ja już się zgubiłam. Jemu się tłumaczyć mieli? Patrolowi, który ich znalazł? Bo chyba nie dowództwu, skoro ci wciąż udają, że ich nie ma. I skoro to „opętanie” jest tak niebezpieczne, czemu nie rozkazali im ujawnić przyczyn nieobecności przed jakimkolwiek zbliżaniem się do obozu?

Taimi widziała już przed sobą równinę obozu z porozstawianymi namiotami. Była jeszcze bardzo daleko, ale na szczęście to nie tam szła. Musiała dotrzeć do kwatery, stojącej kilkaset metrów przed nią.

Czy centrum dowodzenia nie powinno znajdować się jakoś w centrum? Albo chociażby blisko, żeby mogli wydawać polecenia szybko i sprawnie w razie zagrożenia.

Skoro wszystkim tak zależy na ukryciu sprawy przed Andie (tak, wrócę do tego raz jeszcze), jakim cudem pozwolono jej wyjść na spotkanie tej grupie? Czemi ich nie zatrzymano na chwilę? Nie zaprowadzono do szpitala, zamiast do kwatery głównej? Czemu nie wsadzono Andie do jakiegoś namiotu i nie dano jej jakiegoś zajęcia, żeby nie pałętała się pod nogami? W tak wielkim obozie na pewno są jakieś pilne sprawy. Mogli ją odprowadzić na wiele różnych, bardziej skutecznych sposobów, skoro już im na tym tak bardzo zależało.

Rozdział VI

Uniósł się na łokciach, rozglądając dookoła..

Dodatkowa kropka na końcu zdania.

Łóżko, na którym leżał nie należało do najwygodniejszych.

Przecinek przed „leżał”.

Ot, zwykła kanadyjka, na dodatek porządnie zapadnięta w kilku miejscach, tak że znalezienie wygodnej pozycji graniczyło z cudem.

Przecinek powinien być za „tak”, nie przed.

Przez znajdujące się kawałek dalej siatkowane okienko wpadało ostre światło, musiał być bardzo wczesny ranek. Wszyscy jeszcze śpią.

Wkradł się czas teraźniejszy.

Może być otruta, chora, mogli rzucić na nią zaklęcie…

A nasz główny bohater mógłby się zapytać, czy magia naprawę istnieje. O zaklęciach jak na razie mowy nie było. Chyba, że Matt pobiera wiedzę z powietrza, bo ilość zadawanych przez niego pytań na to właśnie wskazuje.

Trochę czasu jeszcze tu spędzę. Sięgnął po leżące na blaszanej tacce proszki i łyknął je, popijając wodą.

I, jak rozumiem, niewiele go to obchodzi. W ogóle wydaje się nie myśleć o poprzednim domu – rozumiem, że nie wiódł szczęśliwego życia, ale powinien mu poświęcić kilka myśli. T w końcu drastyczna zmiana.

W sumie równie dobrze mógł teraz zażyć leki.

A mógłby też później.
Leki zażywa się w określonych porach, nie na chybił trafił. Swoją drogą, ktoś mógłby mu powiedzieć, kiedy.

Zastanawiam się też, czemu twierdzi, że Andie znosi całą sytuację bez emocji, skoro chwilę wcześniej wyraźnie opisałaś, że dziewczyna wygląda jakby od dłuższego czasu nie sypiała, ma podkrążone oczy i wyraźnie obwinia się o to, co się stało?

– Ty natomiast jesteś niemal zdrowy – uśmiechnął się Matt.

„Uśmiechnął” z dużej litery.

I to by było na tyle.

Powiem szczerze – zapowiadało się lepiej. Początek intryguje i wciąga, później natomiast tonie to w gąszczu niekonsekwencji i nielogicznych wydarzeń.

Dla przykładu – bieg Sebastiana i ochrona Andie. Z jednej strony chłopak wyraźnie szafuje własnym życiem, byle nie narażać Andie na szok, z drugiej zaś Andie pokazana jest jako osoba odpowiedzialna, obowiązkowa i bardzo poważnie traktująca swoją pracę. Zobaczyła patrol bez przygotowania psychicznego, jakie miała podobno zapewnić Taimi i… nic. Zmartwiła się, jest przygnębiona, ale nie pojawiło się nic, czego można by się obawiać.

Irytuje fakt, że w całych sześciu rozdziałach niewiele dowiedzieliśmy się o „odmieńcach” – głównie dlatego, że bohater zdaje się być uczulony na pytania. Nie pyta niemal o nic. Mówią mu o magii, o przeciwnikach, przeciwnikach misjach, starożytnych rasach, a on sam cały czas przebywa w towarzystwie ludzi posiadających niesamowite umiejętności – a nawet do głowy mu nie przyszło poruszenie którejś z tych kwestii w rozmowie z Taimi czy jej bratem.

Samo istnienie obozu jest dość nurtujące. Czemu nikt go nie odkrył? Czemu są tam głównie dzieci? Jak właściwie zdobywają zaopatrzenie, skoro ciągłe rabunki okolicznych miast wzbudziłyby pewnie podejrzenia? Uprawiają jakieś rośliny, wytwarzają coś? Płacą pieniędzmi, mają własną walutę? Jakie to czasy i świat, skoro najlepsze leki to zioła, ale ludzi podłącza się do skomplikowanych urządzeń medycznych?

Brak mi podstawowych informacji o świecie przedstawionym, co, biorąc pod uwagę fakt, że pojawiło się już sześć rozdziałów, jest dość dużym minusem. Nie mam pojęcia, co się dzieje, bohater też nie. Tyle, że jego to najwyraźniej nie martwi, a nam informacje są potrzebne.

Widać, że masz pomysł, ale sama fabuła jakoś się rozjeżdża, a szczegóły były najwyraźniej trochę niedopracowane.

Z ważniejszych postaci to właśnie o głównym bohaterze wiemy najmniej. Z rzadka wtrąca coś o sobie, ale poza tym sprawia wrażenie biernego obserwatora, który przyjmuje niemal wszystko, co dzieje się wokół niego. Jest zwykłym, zbyt spokojnym co prawda dzieckiem, zdarza mu się czasem zirytować, ale brak mu czegoś interesującego, co sprawiłoby, że byłby ciekawym bohaterem powieści. Nie sprawia wrażenia żywego, realnego bohatera.

Taimi, dla odmiany, jest bardzo żywa. Energiczna, pomocna, ale z charakterkiem. Nie znamy jej co prawda zbyt dobrze – aura tajemniczości, która ją otacza wręcz dodaje jej uroku – ale wiemy, że dba o przyjaciół i stara się być dobra dla Matta całkiem bezinteresownie. Jej więź z przyrodnim bratem jest silna, jednak przeredagowałabym ich wieczorną rozmowę w namiocie – czytając, odczuwa się, że scena zbyt nachalnie mówi nam o tej więzi.

O pozostałych postaciach co prawda wiele powiedzieć nie mogę, ale są bardzo barwne. Zachowują się różnie, niektóre, jak Col, są zwariowane… Jak na razie nie zdradziłaś wiele, ale też opowiadanie ma dopiero sześć rozdziałów, więc na kolejne informacje jest jeszcze czas. Wyjątkiem od reguły jest Sebastian, głównie za sprawą tego wyścigu z czasem, którego sens był dla mnie zupełnie niezrozumiały. Dlatego Sebastian wydaje się być niewiarygodny.

W dialogach, zwłaszcza w początkowych rozdziałach, zdarzały się błędy w zapisie. Zakładam, ze przypadkowe, bo w reszcie tekstu już ich nie robiłaś.
Same dialogi są w porządku, poza kilkoma nielicznymi, które wymieniłam powyżej (rozmowa z dowództwem, rozmowa Taimi z bratem). Poza tym nie mam się do czego przyczepić. Opisy też wychodzą ci świetnie – są bardzo obrazowe. Doskonale malujesz sam wygląd otoczenia, opisy akcji są wartkie.

Nie robisz wielu błędów – te, które zauważyłam, są już wypisane powyżej. Powiedzmy, że idealnie nie jest, ale to jest taka normalna ilość. Na Twoim miejscu zwracałabym uwagę zwłaszcza na zapis dialogów, bo to tam najczęściej zdarzają się potknięcia.

Podsumowując… Pierwszą rzeczą, jaką radziłabym zrobić jest bardziej dogłębne przemyślenie świata przedstawionego, drugą natomiast – poprawienie logicznych aspektów całej akcji z Andie. Poprawność da się dopracować, ale stoi na dobrym poziomie i błędy nie są jakieś bardzo rażące.

Na tę chwilę to będzie taki dostateczny. Wahałam się długo, ale ostatecznie na ocenę wpłynął także regres widoczny w opowiadaniu.

niedziela, 27 kwietnia 2014

|0068| komisarz-ares.blogspot.com

Ocena bloga: komisarz Ares
Autor bloga: Dragonowa
Oceniająca: Malcadicta

Po pierwsze - przepraszam bardzo za opóźnienie, ale w końcu ocena jest.

Po drugie, jak widać, zostałam sama. No i zostałam właścicielką, choć nie czuję się zbyt pewnie i już tęsknię za Overrated :) No, ale spróbujemy, zobaczymy, może dam sobie radę. Mam nadzieję, że jeszcze się tutaj ożywi. I gorąco zachęcam do brania udziału w rekrutacji. I dłużej nie przeciągam.

1. Pierwsze wrażenie

Adres „komisarz ares” nasunął mi na myśl jakiś serial kryminalny, który pamiętałam jak przez mgłę. Uprzedzam jednak, że kanonu nie znam, tak żeby nie było niejasności, zobaczyłam pewnie dwa czy trzy odcinki swego czasu. Wracając do tematu – adres prosty, chwytliwy i interesujący.

Ładny cytat na belce, pasujący do opowiadania z psem. Jednak uwagę po wejściu przyciąga głównie nagłówek, który, niestety, wygląda na zrobiony zupełnie amatorsko i jest dość słabej jakości. O tym jednak napiszę zaraz, w grafice.

4/5

2. Grafika


Pierwszym punktem będzie oczywiście ten nagłówek. Napisałaś, że jest Twojego autorstwa, ale niestety do pięknych nie należy. Generalnie wygląda na zrobiony w Paincie, głównie przez przerywane linie na postaciach. Pieś wyszedł całkiem nieźle, ale całkiem nieźle jak na osobę nie bawiącą się często w grafikę. Postaci mają tylko z grubsza ludzkie kształty i choć pewnie zajęło Ci to dużo czasu, do ideału im daleko. Nie pasuje też rozmazane połączenie psa z człowiekiem – reszta obrazu jest bardzo wyrazista, więc akurat w tym miejscu nie pasuje. Dlatego radziłabym zmienić nagłówek.

Problem jest też z tekstem – musisz zmienić trochę tło pod postami, bo tekst jest na tym tle niemal zupełnie niewidoczny, a próby czytania całego rozdziału bez zaznaczania bądź przeklejania do Worda naprawdę męczą oczy. Nie wiem też, czy czcionka użyta do tytułów rozdziałów jest odpowiednia do opowiadania kryminalnego – jakaś taka zawijasa i mało czytelna.

Masz jednak plus za akapity i justowanie.

Menu w lewym pasku radziłabym trochę powiększyć, bo gubi się w tej przestrzeni. Jest dużo wolnego miejsca, a menu malutkie.

Spis treści jest w trochę zbyt niewidocznym miejscu – czytelnik spodziewa się go na górze, ja też przez chwilę myślałam, że będzie trzeba przewijać wszystko ręcznie do końca. Ale to tylko sugestia.

6/15

3. Treść


Rozdział 1

Przede wszystkim radzę unikać określania bohaterów kolorem włosów.

Dwójka mężczyzn usiadła na wolnej ławeczce

Dwóch mężczyzn.

zaczął Liddley, przygryzając wargi. – Kilka tygodni temu zaoferowałem panu awans

Obie wargi?

- A gdyby tak… załóżmy… pańskiej narzeczonej nie było… - zamyślił się, przygryzając wargi.

Po pierwsze – czemu to zdanie nie budzi w Nayerze żadnych dzwonków alarmowych? Jest policjantem, na Wielkiego Boga Oma, a ja już wiem, kto zabije i kogo.

- Bardzo nowoczesny długopis! – Martin dumnie pokazał długopis kolegom.

To „dumnie” brzmi tutaj tak, jakby faktycznie ten dorosły facet był dumny ze swojej wygranej.

- Główna nagroda wędruje do posiadacza losa o numerze… 1299!!!

Losu.

Miał jasny pyszczek, długą, czarną sierść podpalaną na żółto i piękne, brązowe oczy.

„Pyszczek” raczej nie jest słowem najlepiej pasującym do dorosłego owczarka niemieckiego.

Ten Nayer trochę za bardzo histeryzuje w momencie otrzymania psa. Rozumiem poruszenie, ale on trochę przesadnie się emocjonuje.

W łazience szumiała woda, z czego wywnioskował, że się tam kąpała.

Samo że się kąpie. To „tam” sugeruje, że czasami kąpie się w innych pomieszczeniach.

Przebrał się w coś luźniejszego, zdejmując z siebie eleganckie spodnie i koszulę, które zakładał do pracy.

Wait. On był na festynie, nie wspomniałaś też, żeby przebywał tam w celach służbowych, więc co tu robi ubranie do pracy?

- Nie szkodzi – odrzekła luźno jasnowłosa

Jak można „luźno mówić”?

– Co z nim zrobimy? – zapytała, patrząc mu głęboko w oczy. – Nie chcę robić mu krzywdy!

Ostatni fragment jest trochę nie na miejscu, skoro Nayer żadnej krzywdy nie chciał wyrządzać i nic nie proponował. Sugeruje, że jego narzeczona podejrzewa go o takie chęci niejako automatycznie.

Ares zjadł dwie kiełbaski, napił się wody i posłusznie podreptał za Nayerem

I Ares, jako duży, dorosły piesek, cały czas był głodny.

- Aresik, chodź tu, piesku! – zawołała głośno uszczęśliwiona Sandra. Owczarek nie dał sobie tego dwa razy powtarzać.

Ares nie ma prawa reagować na imię kilka godzin po jego nadaniu. Pies musi do imienia przywyknąć. Dodatkowo nie może zareagować na nieznaną komendę w ten sposób – o ile istnieje szansa, że samo „chodź tu” zrozumie, to najprawdopodobniej zatrzymałby się przy łóżku – tutaj wystarczyłoby dodać, że poklepała łóżko, dając znak psu – ale znów pies, który takiego czegoś nigdy nie widział, mógłby nie zareagować.

Początkowo pozwolił im obojgu się wygłaskać i wycałować, machając szaleńczo puszystą kitką

Zbieg okoliczności, ale miałam kiedyś psa tej samej rasy i jego ogona na pewno nie dało się określić mianem „puszystej kitki”.

Rozdział ogólnie napisany jest nieźle, dialogi brzmią realistycznie, a bohaterów da się „poczuć”. Nie pasuje mi tylko ten nieszczęsny pies, wygrany na loterii, którego sprawę z lekkim wyprzedzeniem, co prawda, ale poruszę już teraz.

Zatem – pies wygrany, niewiadomego pochodzenia, nieszkolony, nie ma prawa pomagać policji. Na twoim miejscu wplotłabym gdzieś, że zachowywał się, jakby ktoś już gdzieś go przeszkolił jak psa policyjnego zanim trafił na loterię – wtedy miałoby to więcej sensu, bo samo wygranie psa, jest, choć dość nieprawdopodobne, możliwe.

Trochę też zbyt szybko uśmierciłaś mu dziewczynę, a dialog na samy początku sprawia, że czytelnik już wie, kto jest sprawcą, więc rozwiązywanie tajemnicy nie będzie aż tak interesujące.

Jeszcze jedna uwaga, tak odnośnie ogółu – pozbądź się tych CDN na końcu rozdziału. Rozdział sam w sobie zapowiada kontynuację i nie trzeba tego dodatkowo zaznaczać.

Rozdział 2

Do niewielkiego, słabo oświetlonego pokoju weszła policjantka[…].
- […] Przykro mi, że pan musi to robić, ale czy poznaje pan te rzeczy?


I najlepiej się poznaje takie rzeczy w słabo oświetlonym pokoju?

Słyszał za sobą cichy tupot czterech łapek, z czego wywnioskował, że Ares truchtał za nim.

Cały czas wyrażasz się o Aresie tak, jakby jeszcze był szczeniaczkiem. To wielki, dorosły owczarek niemiecki. Odstani raz apeluję (choć powtarza się to częściej) o zmniejszenie częstotliwości występowania zdrobnień. Raz na jakiś czas – w porządku. Ale słowo „futro” czy „pysk” w większości przypadków będą bardziej na miejscu niż „futerko” i „pyszczek”.

Sama motywacja i zachowanie Nayera jest całkiem zrozumiałe i realistyczne, ale jako narzeczony zmarłej, nie mógłby prowadzić dochodzenia. Co najwyżej znałby troszkę faktów od kolegów, może próbował coś robić na własną rękę, ale od oficjalnego dochodzenia musiałby się trzymać z daleka.

– Nawet doktor Cliffe potwierdza moją teorię, że ktoś celowo ukartował wypadek.

Wyrażają się też dość nieprecyzyjne. „Ukartowany wypadek” różni się znacząco od twierdzenia, że Sandra nie zmarła w wypadku. Zwłaszcza, że patolog po ranach stwierdza, że nie mógłby to być wypadek. Najlepiej „ukartowany” zastąpić „upozorowali wypadek” czy coś podobnego.

Motyw bomby też jest bardziej niż trochę naciągany – samochód wysadzony różni się od samochodu po wypadku, zwłaszcza, że ciuchy Sandry nie były spalone, ona sama też nie miała poparzeń. Tak samo wątpliwe wydaje mi się wysadzanie w celach testowych innego samochodu, ot tak, na wolnej przestrzeni. Po pierwsze – skąd fundusze i pozwolenie. Po drugie – gdzie zabezpieczenia?

To wszystko sprawia, że sens całego śledztwa i zabójstwa Sandry legły w gruzach.

Powinnaś trochę bardziej uważać na stylizację wypowiedzi postaci pobocznych (i to tyczy się całego tekstu ni tylko tej kobiety z rozdziału drugiego). Chociażby zwrot „pani przedszkolanka”, który ona powtarza bardzo uparcie, jest wręcz zbyt nachalny i trochę nieodpowiedni. Tak nazywają przedszkolanki dzieci lub rodzice, kiedy do tych dzieci mówią.

Fakt, że auto wybuchło po chwili nie jest specjalnie zaskakujący. Powstał przeciek, trochę czasu to musiało zająć, żeby zebrała się odpowiednia ilość łatwopalnego materiału, jeśli auto nie było jakoś bardzo uszkodzone.

On w rzeczy samej parsknął śmiechem.

Kiedy jest przygniatany przez owczarka i dorosłego policjanta z bronią? W takim razie jest psychopatą lub szaleńcem, a nic w jego dalszym zachowaniu na to nie wskazuje.

Motyw Liddley’a (apostrof!) też jest naciągany. Zamordować narzeczoną pracownika, bo ten nie chciał przyjąć awansu? Zakładam, że w policji raczej nie ma co krok niebezpiecznych psychopatów, którzy mają doświadczenie w zupełnie bezwzględnym popełnianiu morderstw, więc to dość słaba motywacja, wyraźnie wymyślona na siłę.

– Pora nauczyć się żyć od nowa.

Na Oma, on właśnie pojmał mordercę ukochanej, o której śmierci dowiedział się nie dalej niż dwa dni wcześniej! Chyba to trochę nieodpowiedni moment na stan „trzeba dalej cieszyć się życiem”.

Rozdział 3

Bowiem na jego klatce piersiowej leżało coś dużego, miękkiego i futrzastego.

Przeciętny owczarek waży od trzydziestu do czterdziestu pięciu kilogramów. Wierz mi, obudziłby się, gdyby pies choć spróbował się na nim położyć. Chociażby kot, ważący tylko kilka kilogramów stosuje to jako bardzo skuteczny zabieg na obudzenie właściciela. Bardzo skuteczny.

- Zabito panu kiedyś dziecko? – chlipnęła cicho.
Nayer ujął jej zimne dłonie w swoje ręce.
- Nie – odpowiedział zgodnie z prawdą.
Zapłakana pani wydała z siebie triumfalny okrzyk.


Ten „triumfalny okrzyk” raczej nie byłby prawdziwą rekacją. Matka w takim stanie racze nie myśli o wygranej w słownej przepychance.

Znów zbyt szybko pokazujesz nam sprawcę zbrodni – styl mówienia i zachowanie dziewczynki jest tak mocno przerysowane, że aż krzyczy „jestem mordercą”.

- Kawuni, herbatuni? – zaproponowała wesoło, wpuszczając panów do pokoju gościnnego.

To też przykład przerysowania w kreacji stylu postaci. O ile „kawuni” można zrozumieć, o tyle zdrobnienia „herbatuni” w życiu nie słyszałam. Kobieta jest zbyt stereotypową zaślepioną matką, żeby choć na chwilę można było w nią uwierzyć. Postaraj się nie dzielić w tak widoczny sposób bohaterów na złych i dobrych. W opowiadaniu o zagadkach kryminalnych lepiej sprawdzają się postacie będące pośrodku.

- W porządku – odezwał się, patrząc na nadętą Katie. – Proszę wejść razem z dziewczynką.

Jako że wie, jak dziecko się zachowuje, na powinien raczej powiedzieć, że ktoś się dzieciakiem zajmie kiedy Katie będzie przesłuchiwana. I czemu nie rozmawia się z Lexią? Była w domu, więc przynajmniej dla formalności powinni ją przepytać.

Will chwycił panią Gordon, a Martin szarpnął za rękę Lexię:
- Chcesz stąd wyjść, wredny dzieciaku?!


I Katie napisała na niego skargę za obrażanie obywateli. Nie wolno im tak reagować – raczej zachowując pozory spokoju porozdzielać te kobiety i zrobić osobne przesłuchania, bez tego dziecka.

Jedyną rzeczą, jaką można wywnioskować z tego przesłuchania, jest niekompetencja tego biura, brak dyscypliny, komendant, któremu wisi przemoc przed oczami, bo nie lubi świadka. Nie świadczy to o ich szczególnym profesjonalizmie.

Znów po rozwiązanej sprawie zbyt szybko Nayer przeszedł do optymizmu. Chwilę przed tym zgodził się, że to była wyjątkowo okrutna sprawa i jest je rozwiązaniem zszokowany i poruszony. Niechby dostał kilka chwil na ochłonięcie.

Rozdział 4

Jak to możliwe, że Dinah i Nellie nie chodzą do szkoły ot tak? W Niemczech, z tego co wiem, obowiązek szkolny wciąż funkcjonuje, więc to nie takie proste, jeśli mieszkają sobie w zwyczajnym mieście.

i>- To na pewno ty, cholernico, poskarżyłaś się dyrektorstwu, iż zachciało ci się edukacji!!!

„Cholernico” nie jest specjalnie dobrym przekleństwem. A już naprawdę fatalnie wygląda zestawione z „iż”. Albo matka będzie rzucać mięsem, albo używać wyszukanych zwrotów.

Prędzej cię zabiję jak psa, zrozumiałaś?!

Zbiję jak psa.

Kiedy na drugi dzień dowiedział się, że staruszka, która zgłosiła sprawę, nie żyje, postanowił zająć się tym rzekomym morderstwem. Bądź co bądź, ale kobieta przeczuła swoją rychłą śmierć

Przeczuła? I Kincaid jest absolutnie pewien, że to nie lekarz jej po prostu powiedział, że, niestety, niedługo umrze z powodu choroby?

Nayer zachowuje się zupełnie nieprofesjonalnie, kiedy próbuje nawiązać kontakt z Dinar. Pominę fakt, że zataił zgłoszenie o morderstwie, żeby rozwiązać je samemu, ale gdyby do mnie do domu zapukał obcy facet i powiedział, że chce mnie lepiej poznać, nawet nie bawiłabym się w uprzejmości, tylko trzasnęłabym mu drzwiami przed nosem.

Cały czas usiłował sklecić gadkę z małomówną Dinah

„Sklecić gadkę” jest zbyt potoczne dla narratora.

Chcę zobaczyć, jak Nayer wyjaśni w dokumentach, czemu zakradł się nocą pod dom zupełnie obcych kobiet, a potem włamał się i zwiedził cały dom. Przypominam, że on nie prowadzi śledztwa. Nie ma nakazu. Nawet jeśli Dinah jest mordercą – w tym momencie Nayer jest włamywaczem.

- Zatkało kakao? – zapytał bezczelnie, widząc zaskoczoną minę Nayera.

To naprawdę nie jest typowa odzywka dla dwudziestoletniego buntownika z bronią. Od razu postać staje się bardziej dziecinna.

Nie widać też, jakie miał chłopak motywy. Pokazujesz, że na Dinah tak naprawdę mu nie zależy, więc czemu starał się na tyle, żeby zabijać dla niej matkę?

Ufnie do niej przylgnął, wtulając swoją twarz w jej ramię. Ukojony delikatnym zapachem jej perfum i spokojnym biciem serca, Nayer usnął pod wpływem własnego bólu i zmęczenia.

Z raną postrzałową? Nie odczuwał bóli? Może gdyby upływ krwi był wielki, wtedy mógłby stracić przytomność, owszem. Ale raczej nie mógłby zasnąć. A o ile Roxanne zna się choć trochę na ratowaniu życia, powinna próbować zmusić go do zachowania przytomności.

Czemu koledzy, którzy podsłuchali jego rozmowę z Roxanne, mówią mu, że powinien się z nią umówić? Z dialogu wynika, że to ona odmówiła:

- Nie ma sprawy – odparła, patrząc na niego z nadzieją i nie wypuszczając jego ręki ze swojej.
- To… może kiedyś się umówimy na kawę… - powiedział, biorąc głęboki wdech.
Posmutniała i puściła jego rękę.
- Tak, może kiedyś – powtórzyła, po czym odwróciła się i ruszyła przed siebie.


Rozdział 5

Przesadzasz trochę z brakiem umiejętności tanecznych. W naszych czasach nie trzeba prawie przestawiać nóg, mogłaby się tylko tak trochę bujać, tego nie trzeba się uczyć. Nie musi wymiatać na parkiecie, ale przecież nie będzie cały czas deptać po ludzich. A i Nayerze i jego kolegach to dobrze nie świadczy, bo o ile rozumiem, że Nayer nie chciał z nią tańczyć cały czas, to może któryś z inicjatorów tej imprezy by się zainteresował?

Scena z Clarie i przeszkadzającą Roxanne pokazuje tylko, jaki nieokrzesany jest Nayer. Jest też bardzo nieprawdopodobna. Roxanne w końcu uratowała mu życie, a on ją chyba w miarę lubi. A spławia ją na tyle obcesowo, że można by pomyśleć, że ma jej coś za złe. Z drugiej strony Nayer wykazuje tu taką zmienność w poglądach, że przez dłuższy czas myślałam, że albo jest odurzony albo pijany. Jeszcze jakiś czas temu czuł wyrzuty sumienia, że choćby patrzy się na inną kobietę, a teraz obściskuje się z obcą dziewczyną.

Inną sprawą jest, że Roxanne reaguje na całą sytuację jak zbuntowana nastolatka, używając słownictwa zupełnie odklejonego od jej postaci. Zbyt często zdarza Ci się wrzucać postaciom kolokwializmy lub wulgaryzmy, które zupełnie do nich nie pasują – są zazwyczaj staromodne, nieużywane lub zbyt łagodne (jak w przypadku mafii, do której zaraz dojdziemy). To jedna z rzeczy, nad którymi będziesz musiała popracować.

Kolejną rzeczą, która nie pasuje mi w tym rozdziale jest zbyt wielki zbieg okoliczności. Dziwnym trafem Nayer cały czas wpada w prywatnym życiu na morderców czy mafiosów. A sama mafia… Clarie, jako niebezpieczna przywódczyni mafii, stanowczo nie powinna rezygnować z wendety tylko dlatego, że przetańczyła z zabójcą jej brata jeden wieczór. Chyba, że jest szalona, ale nic w tekście na to nie wskazuje. Uczynienie Marca kolejnym przywódcom też jest mało prawdopodobne – kiedy Nayer go spotkał, chłopak zachowywał się jak nienawykły do broni buntownik. Nie jak mafioso. Bohaterzy muszą choć częściowo pasować do ról.

Cała sprawa z mafią ani przez chwilę nie wydaje się wiarygodna, bo jej liderzy odbierają jej realistyczność. Wielkie bandziory zachowują się jak banda nastolatków. Samo ich poprawienie i popracowanie nad ich stylem wypowiedzi zadziałałoby tutaj bardzo dobrze.

- Macie siedzieć na dupach i ani słóweńka!!! Ani, ani!!! – wygrażali bandyci

To jest bardzo dobry przykład. Po tym „ani, ani!” wyobrażam sobie tylko bandytów grożących palcem policjantom. To jest po prostu zbyt dziecinne i łagodne.

- Widocznie miał powód! – zawołała Claire buntowniczo. – Sam wiesz, że Marc aniołkiem nie był!

Jak i ona. To mafioso! Naprawdę… Przecież ona od wieków wie, że Marc „nie był aniołkiem” i że policja na nich poluje, a teraz przypuszcza, że Nayer miał powód?

- Faktycznie jest ich jak mrówków**, nie mamy szans!!! Musimy spieprzać!!!

Wiem, że błąd jest celowy, ale muszę zauważyć, że jeden nie wystraczy, żeby nam pokazać, jak mówią bandyci. Dodatkowo fraza „jest ich jak mrówków” jest też trochę na siłę, zbyt łagodna. Wystarczyłoby zwykłe „jest ich w cholerę”.

Jeżeli ładunki miały siłę zdolną wysadzić pół miasta, jak mafiosi mieliby uciec w ciągu niespełna trzydziestu sekund? Samobójcy? Dodam przy okazji, że rozbrajanie ładunków nie jest takie proste. To nie jest przecięcie jednego kabelka – trzeba potem wyjąć zapalniki i odeskortować ładunek wybuchowy z miejsca zdarzenia, a w trakcie tego może zdarzyć się wiele rzeczy. W tej szkole wciąż nie jest bezpiecznie.

Rozdział 6

— Dlaczego praktycznie wszystkie morderstwa są dokonywane w nocy?

Z jednej strony dość ładny dialog zaraz się z tego nawiązuje, ale czy to jest odpowiednie pytanie dla śledczego z doświadczeniem? Chwileczka namysłu by wystarczyła, by podać szereg logicznych argumentów jak mniejsza ilość świadków, ciemność utrudniająca rozpoznanie mordercy przez obserwatorów i takie tam. Niby Nayer może o to pytać, ale tak oczywiste pytanie trochę zgrzyta u policjanta ze stażem.

Nie jestem pewna, czy ofiara zepchnięta ze schodów może mieć jakiś specyficzny układ ciała czy rany. Po czym rozpoznali, że denatka się nie potknęła? Wypadałoby napisać, bo gdyby ją ktoś zwyczajnie popchnął, to raczej nie byłoby to tak oczywiste. A psa raczej nie powinno wpuszczać się na świeże miejsce przestępstwa, bo coś ruszy i po śladach.

Język tej matki wprawił mnie w stupor na chwilę. Po pierwsze – mniej wykrzykników. Wystarczy napisać, że wrzeszczy. Po drugie – reakcja matki jest zbyt przesadzona. Trzecia rzecz natomiast tyczy się tego, że matki tam nie powinno być. To miejsce policja powinna otoczyć przynajmniej jakąś taśmą, a z jeden samochód i jacyś ludzie powinni stać przed domem i nie pozwalać, by im cywile paskudzili miejsce zbrodni. A już na pewno nie powinni dopuścić do tego, żeby matka i ojczym zamordowanej mogli zobaczyć ciało na miejscu.

Mam też małe „ale” do przezwiska – wszędzie masz imiona zagraniczne, więc „Dżasmina” lepiej pasowałby do nich jako „Jasmina”, bez spolszczenia. Zrezygnowałabym też z tak uporczywego zdrabniania „Julci”, która musi być już wyrośniętą nastolatką.

Ze względów estetycznych – radzę zmienić tę czcionkę od kursywy. Bardzo męczy oczy i jest mało czytelna.

O tym jej mama i ojczym nie wiedzieli, nie chciała im o tym mówić, uznaliby ją za wariatkę (płacze za wyglądem).

To pisała Dżasmina? Nawet przy pisaniu w trzeciej osobie, to dość… bezduszna relacja. Niepasująca do tego, że osoba pisząca zalewa się w nocy łzami. Dodam też, że sam styl pisania Dżasminy pasowałby mi raczej do jedenastolatki, i to może dość dziecinnej.

— Ale czego wy wymagacie od szesnastolatki, co? — Ciemnowłosa policjantka wygodnie oparła się na krzesełku. — Przecież ona opisywała swoje wydarzenia z życia, a co oprócz szkoły, koleżanek i chłopaków może dzisiaj interesować nastolatkę? Nie oczekujcie cudów.

Skoro była taką rozsądną, dobrą i ambitną dziewczyną, to pomyślałabym, że coś tam jeszcze napisze. Plany na przyszłość, jakieś rozważania, cokolwiek.

Oskarżanie znajomych o bycie „potencjalnym mordercą” jest bez sensu. Każde mogło zabić, owszem, wszyscy ją znali. Sąsiedzi też. I inni uczniowie. I nauczyciele. I znajomi rodziców. I rodzice. A zabić mogła ją i obca osoba. Tutaj chodzi o motyw, nie znajomość. Te osoby mogą się przydać, owszem, powiedzieć co nieco o Mii, ale żeby ich od razu kwalifikować jako podejrzanych?

Nayer zbyt szybko rezygnuje z przesłuchania sióstr. Każdy może twierdzić, że ma alibi – skoro one mają świadków, trzeba ich znaleźć i udowodnić, że dziewczyny był na tej dyskotece, skoro chcemy je traktować jak podejrzane, którym raczej nie powinno się wierzyć na słowo w takiej kwestii.

— Mia Kelly była w ciąży, la, la, la

Generalnie popieram kreowanie lekarzy z prosektoriów na osoby ekscentryczne, ale podśpiewywanie w takiej chwili już chyba by mnie niepokoiło, gdbym była Nyerem.

Sprawa rozwiązuje się w zgrabnym zwrocie akcji, przeszkadza tylko Nayer, który znów idzie na żywioł, ignorując jakiekolwiek zasady działania policji. Zbyt często zapominasz o tym, że tam musi być czasem trochę formalności. Jeśli odkrył winnego, musi go oficjalnie aresztować, a skoro ojczym nie ucieka, powinien wiedzieć, że lepiej wziąć ze sobą przynajmniej jednego kolegę, czy tę policjantkę, od której właśnie wybiegł.

Dżasmina by to dziecko urodziła, jakoś by się może wszyscy dogadali!

Radzę zmienić to zdanie. To nie jest szczęśliwy dobór słów, kiedy chodzi o gwałt. Już nie mówię o tym, że Nayer powinien zdawać sobie sprawę z tego (policjant ze stażem, przypominam), że to wszystko pewnie nie skończyłoby się tak różowo.

To, co razi w większości opowiadania, to dość słaby realizm policyjnych postępowań. Wszyscy działają impulsywnie, bez jakichkolwiek planów, a same śledztwa, zwłaszcza ich część dotycząca analizy dowodów, są mocno skrócone. Przez to czytelnik odnosi wrażenie, że wszystkie te sprawy były łatwe. Są też dość nieprawdopodobne, bo mordercy albo mają dość słaby motyw lub są zupełnie płascy i nie pasują do tego, co robią (patrz sprawa z mafią). Radziłabym nieco dogłębniej przemyśleć intrygę, utrudnić odkrycie sprawcy i może rozciągnąć całe śledztwo na więcej, niż jeden rozdział. Na dodatek wszystkie osoby, jakie jak dotąd zabijały, robiły to z powodu gniewu lub zwyczajnego niezrównoważeni psychicznego, co też zaczyna się robić trochę monotonne dla czytelnika. Policja nie potrafi rozdzielić bijących się kobiet, przeprowadzić oddzielnych przesłuchań czy zabezpieczyć odpowiednio miejsca zbrodni. Całe śledztwa opierają się jak dotąd niemal na samych przesłuchaniach, a bardzo małą rolę grają dowody – bodajże tylko dwukrotnie patolog miał do odegrania trochę większą rolę. To też radziłabym trochę poprawić.

A już naprawdę razi w oczy Ares. To jest bardzo mocna rysa na głównej osi fabularnej – to jest niewyszkolony pies i nie mogą używać go do pracy w policji. Już co prawda pisałam o tym wcześniej, ale jeszcze powtórzę – powinnaś gdzieś wpleść jakieś dowody na jego wcześniejsze szkolenie policyjne. Od razu byłoby bardziej wiarygodnie.

Przez wszystkie te niedociągnięcia świat jawi się nam trochę blado. Brak tu policyjnych procedur, a ja sama po dość krótkim czasie zapomniałam gdzie właściwie to się dzieje. Nie pomagają też imiona, bo bierzesz je ze wszystkich stron świata – tu zdecydowanie wybija się ta spolszczona „Dżasmina” – a wypadałoby je trochę ujednolicić.

Musisz popracować nad dialogami. Początkowo wyglądają całkiem dobrze, kiedy w rozmowach udział bierze tylko Nayer i jego koledzy. Gorzej, kiedy włączają się bohaterowie drugoplanowi – ich styl wypowiedzi nie pasuje do charakteru, wieku ani pracy. Przede wszystkim zbyt często wymykają Ci się zwroty charakterystyczne dla młodzieży, a próbując dołożyć niekiedy wulgaryzmy, które zazwyczaj nie należą do powszechnie stosowanych lub są umieszczone koło wyszukanych słów, zmniejszasz realizm wypowiedzi.

Przejdźmy do bohaterów, od Nayera zaczynając. Początkowo był całkiem dobrze przedstawiony, z dużą przyjemnością czytało się o jego relacjach z kolegami z pracy, czy z dziewczyną, ale już od drugiego rozdziału zachowywał się coraz bardziej niedojrzale i porywczo, dziwił się sprawom, które dla policjanta nie powinny być niezwykłe. Zachowuje się często nierozsądnie i porywczo, a czytelnik coraz częściej się zastanawia, czy jest naprawdę wykwalifikowanym śledczym, a chyba nie o taki efekt Ci chodziło. O reszcie postaci towarzyszących nam przez pozostałe rozdziały nie wiemy wiele i tyczy się to głównie znajomych, z którymi przebywa niemal cały czas akcji. W rozdziale pierwszym dowiadujemy się tylko kto ma żonę czy dziewczynę i jak ona się nazywa. Koniec. Zachowują się jak kalki i na Twoim miejscu postarałabym się dodać im trochę charakteru. Lepiej pod tym względem wypada Roxanne, ale o niej też nie wiemy wiele – za to jej relacja z Nayerem wypada całkiem wiarygodnie i dobrze się o tym czyta.

Postaci drugoplanowe są w większości jednowymiarowe i dość nieciekawe. Jak już pisałam przy dialogach – wszystkie mówią tak samo i przeklinają tak samo. Większość z nich już od pierwszego spojrzenia wręcz krzyczy swoim zachowaniem „Jestem mordercą!”. Pod tym względem o wiele lepiej wypada ostatnia sprawa, bo Abi nie była już oczywistym sprawcą, więc progres jest, tak trzymać. Najwyraźniejszy jest szablon matki – większość z nich zachowuje się bardzo podobnie, a przy kontakcie z policją wpada wręcz w histerię.

Z opisami nie jest tak źle, choć na Twoim miejscu przestałabym tak często określać bohaterów przez kolor włosów (jasnowłosy, czarnowłosy). Czasem daje się odczuć brak dokładniejszego opisu ważnych miejsc – na Twoim miejscu popracowałabym w szczególności nad opisami miejsc zbrodni (co wiąże się znów z rozszerzeniem wątku śledczego) i gabinetu policyjnego, w którym dość często przebywają. Opisy akcji są za to płynne i bardzo przyjemnie się je czyta.

Często zdarza Ci się zestawiać razem kolokwializmy czy przekleństwa i słowa typu „iż”, „gdyż”, które zupełnie nie pasują do stylizacji. Zestawienie takich dwóch stylów wygląda dość komicznie, więc radziłabym tego unikać, zarówno w komentarzach narratora i bohaterów. Opowiadanie jest napisane całkiem przyjemnie, zgrzytają jednak fragmenty, w których są myśli Nayera, bo są zbyt niedojrzałe i naiwne jak na dorosłego faceta, który niejedno widział.

25/60

4. Poprawność


Wypiszę błędy z trzech rozdziałów.

Rozdział 1

Cóż, nie przywykł do tego, by ktokolwiek na niego siadał.

Na nim siadał.

Na wycieraczce razem ze swoim psem?! – zanosili się chichotem.

Zanosi się raczej śmiechem, a zwyczajnie się chichocze.

Nie wiedział kiedy szklany czajnik z kawą wypadł mu z dłoni i roztrzaskał się na podłodze.

Przecinek po „wiedział”.

Rozdział 4

Mandy kopnęła dziecko butem w twarz, nie przestając okładać razami brunetkę leżącą na podłodze.

„Brunetki”. A razy się daje, nie okłada się się nimi. Okładać mogła tym kijem.

- Zawarczał do mnie – stwierdziła kobieta z żalem, smutniejąc i odsuwając swoją dłoń.

Zawarczał na mnie.

Ja wiem co mówię. Ja mam intuicję.

Przecinek przed „co”.

Rozdział 6

— A ty co, strajkujesz? — pochylił się nagle i zajrzał w głąb samochodu

„Pochylił” z dużej litery.

Przeszli dróżką obramowaną gęsto rosnącymi, pachnącymi kwiatkami i skierowali się do drzwi wejściowych.

Jakie kwiaty mogą być „nierosnące”. Domyślnie zakładamy, że nie układa się wzdłuż dróżki ciętych.

Na niebieskich ścianach wisiały plakaty sławnych zespołów, których najwyraźniej nastolatka miała za swoich idoli

Te plakaty miała za idoli?

—Nie dość, że była taka śliczna, to uważała się za brzydką i z tego powodu płakała po nocach.

Zjadło spację po pauzie.

Tam gdzie mieszka Dżasmina jest kilka koleżanek (o ile można je tak nazwać!) i kolega, którego nie lubiła, gdyż był cwaniakiem.

Czasy, czasy!

Teraz gdy poznałam Julcię wszystko jest inaczej.

Przecinek przed „gdy”.

— To słuchajcie dalej — wziął wdech, po czym odczytał na głos

„Wziął” z dużej.

Powinna wiedzieć o kogo chodzi, na pewno znała przyjaciół swojej córki.

Przecinek przed „o”.

Dżasminę naprawdę nic nie wyróżniało z otoczenia, komisarzu.

Dżasminy.

Trochę jest niewychowana. Za dużo ją rozpieściłam.

„Za bardzo ją rozpieściłam”. Albo „zbytnio”.

— Niestety — potwierdziła kobieta, patrząc na rozentuzjowaną suczkę

Rozentuzjazmowaną.

Wiedziałaś, że spotykała się z 40 – letnim Riccim.

Liczby lepiej wyglądają zapisane słownie.

No i Dann – przyznam szczerze, że Dżasmina była w nim zakochana po uszy, a on w niej.

Narracja przeszła na pierwszoosobową.

Monica była uparta i miała okropny charakter, wiele razy prosiła ją Dżasmina o coś,

Składnia Yody wkradła się. „Dżasmina” wyglądałoby lepiej wsadzone po „razy”.

Pod względem poprawności opowiadanie wypada wręcz bardzo dobrze, potknięcia są nieliczne, zwłaszcza biorąc pod uwagę długość rozdziałów. Czasem zdarza Ci się mylić ustalone frazy typu „zbić jak psa”, więc na to radziłabym uważać.

17/20

5. Ramki


„O autorce” – błędów nie ma, ale forma jest mało zachęcająca. Przekazanie tych informacji nie jest czytelnikowi niezbędne, to miły dodatek, który wyglądałby o wiele milej napisany w sposób interesujący. Nie jest to złe – to jedynie sugestia, że tę stronę można by zaprojektować w bardziej oryginalny sposób.

„O opowiadaniu” – błędów brak.

„Postacie” – jak zawsze apeluję o nieumieszczanie tej zakładki i pozostawienie czytelnikowi wyciąnięcie z tekstu wszelakich informacji. Podoba mi się, że wstawiasz własne grafiki, ale niestety estetycznie nie zachwycają.

Aresowi coś stało się z nogami, są bardzo chude i zlewają się w jedno. Nayer wygląda jakby wycięli mu żebra, tak mocne zrobiłaś mu wcięcie w talii (jest też ono zbyt równe, jak na człowieka). Martin ma zbyt okrągły i wystający tyłek, a także mały problem z tylnią nogą. William ma niedopracowane ręce, co kontrastuje z bardziej szczegółowym zegarkiem. Biust Sandry zachowuje się wbrew prawom grawitacji, a jej oczy wypadają niezbyt dobrze. W przypadku Roxanne natomiast twarz jest o wiele bardziej szczegółowa niż włosy, które są jedną płaszczyzną koloru.

Powiem szczerze, że na grafice się profesjonalnie nie znam, ale osobiście radzę zawrzeć przyjaźń z innym programem graficznym, na przykład z GIMP-em czy Photoshopem. Nie wiem, jak one wypadają na tle innych (tutaj musisz poszukać opinii kogoś, kto się tym zajmuje), ale od obecnego na pewno będą lepsze.

„Linki” – blog „rytyka.blogspot.com” został usunięty.

A o „Spamowniku” rozpisywać się naturalnie nie będę.

3/5

6. Statystyki


Wszystko w porządku, spamu nie ma, z czystym sercem daję maksymalną ilość punktów.

5/5

7. Inne


Punktów dodatkowych brak.

8. Podsumowanie


Krótko rzecz ujmując choć nie jest źle, jest trochę do zrobienia, jeśli chcesz skoncentrować opowiadanie na śledczym wątku, bo głównie tam są problemy. Przede wszystkim radziłabym lepiej planować poszczególne sprawy i wprowadzić więcej badania dowodów, więcej pracy natury policyjnej, więcej ciekawych przypadków – zalecam czytanie dużej ilości dobrych kryminałów. Dialogi to kolejny punkt na liście. Ze względów estetycznych radziłabym też zmienić szablon, przynajmniej trochę, ale to już bardziej sugestia.

Ostatecznie daje ci to 60 punktów, czy bardzo mocny dostateczny z perspektywami na cztery.

Życzę powodzenia w dalszym pisaniu.

piątek, 21 marca 2014

|0067| ciemnyelf.blogspot.com

Ocena bloga: ciemny elf
Autor bloga: Diana Landris vel Zaczarowana ♥
Oceniająca: Malcadicta

Ja tak tylko gwoli wyjaśnienia dodam, że stary nick autorki bloga zostawiłam powyżej dlatego, że, po pierwsze, w ostatniej chwili zorientowałam się, że się zmienił, po drugie - pod tymże nickiem było zgłaszane opowiadanie. W "Archiwum" będzie już sama "Zaczarowana".

1. Pierwsze wrażenie

Ciemnyelf. Cóż, adres nasuwa oczywiste skojarzenia – będziemy mieć fantasy z mrocznymi elfami. Jest łatwy do zapamiętania, krótki, choć lepiej wyglądałby gdyby oddzielić te dwa słowa pauzą (domyślam się, że było zajęte).

Napis na belce w sumie w porządku: „Idź przed siebie. Nie zawracaj.”. Nie jest specjalnie oryginalny, nie skłoni nikogo do przemyśleń, ale zły też nie jest. W porządku.

Wita mnie po wejściu dużo niebieskość i zaskakująco ciemny nagłówek. Pierwsze wrażenie jest pozytywne.

4/5

2. Grafika

Trochę irytuje ten przybielony pasek po lewej. Po pierwsze, zasłania nam kawałek grafiki nagłówka, przez co cały blog wygląda jakby był odrobinę przesunięty – ten pasek dekoncentruje i przyciąga uwagę. Spokojnie wszystkie dodatki można przesunąć na prawy pasek lub częściowo wyrzucić na dół pod posty (chociażby obserwatorzy mogą tam bez przeszkód być). Bez paska będzie zdecydowanie lepiej.

Grafika na nagłówku jest trochę tłoczna, jest na niej bardzo dużo elementów, ale poskładane są na tyle umiejętnie, że nie razi to za bardzo w oczy (w każdym razie mnie. Moją opinię w tym podpunkcie można traktować jak opinię zwykłego czytelnika, bo na grafice się nie znam.). Tylko ten napis „Magic is beliving in yourself” trochę ginie, jest za mały i wtapia się w tło kolorem.

Kolorystyka w porządku, wszędzie niebiesko, oprócz nagłówka (który, jak się domyślam, jest ukłonem w stronę ciemnego elfa).

Te linki do blogów po prawej są trochę takie nieporządne… Mam na myśli to, że ciągną się dłużej, niż posty, a to nieestetycznie wygląda, więc na Twoim miejscu wrzuciłabym je w jedną zakładkę.

A Archiwum byłoby wygodniejsze, gdyby było rozwijane i po kliknięciu nie wyświetlałoby automatycznie wszystkich postów z miesiąca, a jedynie rozwijało ich listę. Łatwiej byłoby nowemu czytelnikowi dostać się do poszczególnych rozdziałów.

Natomiast dodatek „O mnie”, który masz na dole strony, zachodzi na ten przybielony pasek po lewej i zasłania Archiwum, co wygląda trochę nieestetycznie.

8/15

3. Treść


Rozdział 1

Nie do końca rozumiem, co ten koń robi. Najpierw pędzi, potem, bez żadnego stanu pomiędzy, pogania stojące zwierzę. Jak pędzi, to koń nie stanie w miejscu ot tak, nagle – tak jak człowiek po biegu nie wyhamuje w miejscu. A jeśli już koń zatrzymał się bardzo, bardzo gwałtownie, najszybciej, jak się dało, to nasza bohaterka, zgodnie z prawami fizyki, przeleciała mu nad łbem.

I kto wie... może nawet prywatne lekcje albo całodobową opiekę jakiejś niańki.

Niańka dla niemal dorosłej elfki? Na dodatek jako księżniczka powinna już mieć prywatne lekcje, od dzieciństwa. To przecież nie jest tak, że może się wylegiwać całymi dniami, etykieta, języki czy jakiekolwiek umiejętności, które dobrze urodzona i inteligentna elfka powinna posiadać nie przyjdą same.

Mam jeszcze jedno zastrzeżenie – czy Diana nie wzięła ze sobą żadnej broni na tę ucieczkę? Z tego, co na razie wiem, ciemne elfy walczą dobrze, polują, są zwinne, gwałtowne… Więc siłą rzeczy ktoś powinien księżniczkę, jedynego dziedzica (o innych nie było ani słowa), nauczyć jak się „robi mieczem”. A tylko stoi przerażona i patrzy się na wielkiego pająka. Żadnego pomysłu? Skoro wystarczył głośny dźwięk wydany przez jej strażnika, czemu ona zwyczajnie nie wrzasnęła? Nie zrobiła czegokolwiek?

Rozdział 2

- Całą noc planowałam tą ucieczkę - westchnęła teatralnie.

Całą noc? I nic przydatnego ze sobą nie wzięła, a ubrana była w spódnicę do kolan (na koniu to jej się musiało bardzo wygodnie jechać)?

Czemu dostaje tylko dwóch strażników? Nawet gdyby to nie była kara, powinna mieć gdzieś w okolicy cały sztab – przecież to jest księżniczka, dziedziczka, szansa na sojusz, jej się nie zostawia bez opieki. Chyba, że istnieją inne zwyczaje wśród elfów i taka dobrze urodzona panna ma bronić się sama. Ale takim wypadku powinna mieć jakieś umiejętności, których stanowczo nie pokazała w ucieczce.

- Gabriel ma trzech synów... jeden z nich jest w twoim wieku.
Diana już dobrze wiedziała o co chodzi.
- Wyjdziesz za niego.


Trochę naciągana ta sprawa z małżeństwem. Nie czepiam się bynajmniej tego, że jest aranżowane, tylko realiów tejże aranżacji. Takich rzeczy nie uzgadniało się spontanicznie – one były planowane dość ostrożnie, więc Diana powinna o tym wiedzieć przynajmniej kilka miesięcy przed ślubem. Przy okazji od razu wypowiem się na temat ślubu – za krótko trwały przygotowania. To jest wielkie przyjęcie, nie prywatna ceremonia, trzeba rozesłać zaproszenia, przygotować wszystko, odnowić, rozplanować gości… To wydarzenie polityczne, trzeba wszystko przygotować i takie tam.

Rozdział 3

Szybko wskoczyła pod miękką kołdrę, udając, że śpi.

Wskoczyła, jednocześnie udając sen?

Co prawda nigdzie nie jest napisane, że elfy takich rzeczy mieć nie mogą, ale ta latarka nie pasuje. Nie mają technologii w innych dziedzinach życia, więc i latarka nie ma prawa bytu. Pochodnia, świeca, lichtarz, to tak. Ale jeśli mają latarki to i sztuczne oświetlenie, prąd i wiele rzeczy, które za tym idą.

Diana znów przeczy sama sobie – niby ucieczka planowana, ale wciąż nie wie, gdzie właściwie uciekała. Czyli założyła chyba, że ją złapią, bo innego wyjścia nie widzę.

Za tę późniejszą scenę, w której Jacob rzuca następczynią tronu, której na dodatek stała się fizyczna krzywda (no dobrze, tylko przygryziona warga, ale jednak), to on powinien być co najmniej wychłostany, a i głowę mógłby stracić. Za namawianie do ucieczki też. Ten strażnik może i jest lubiany przez Dianę, może i są przyjaciółmi, ale to nie zmienia faktu, że jest tylko strażnikiem i za podniesienie ręki na dziewczynę musi go czekać kara. A przed drzwiami powinna być jakaś straż może, czy służba, w końcu król tam je, trzeba go ochraniać i zapewnić mu komfort.

Za to decyzja Diany wypada bardzo interesująco, bo pokazuje, że elfka nie jest tylko głupim dzieckiem marzącym o wolności. Jedyna rzecz do jakiej mam zastrzeżenie to fakt, że robi to by nie mordowano niewinnych. Jestem skłonna uwierzyć, że to przypadek bardzo wrażliwego moralnie ciemnego elfa, ale kogo właściwie mordowano? Bo jej małżeństwo zapewnia sojusz tylko z tymi jasnymi elfami. A skoro w ogóle doszło do porozumienia, to raczej nie są w stanie ciągłej wojny i nie odbijają sobie nawzajem wiosek. A reszty konfliktów raczej ten sojusz nie załagodzi.

Oczywiście mogłoby to wiązać się z jakimiś umowami z innymi krajami i tym podobnymi... Ale nic o tym nie wiadomo. Wiemy tylko, że będzie sojusz między dwoma krajami, a ojciec Diany morduje przedstawicieli bliżej nieokreślonego kraju i rasy. Chwilowo brak tu jakiegokolwiek ciągu przyczynowo skutkowego.

Rozdział 4

Była taka szeroka, że bez problemu mieściła w niej patyczek od lizaka.

Mieli tu też lizaki w tym świecie elfów? Niby mogą, ale znów, brzmi to trochę nie na miejscu przy wojnach, królach, zamkach i tym podobnych. Przez to nie wiadomo już właściwie na jakim poziomie cywilizacyjnym jest świat elfów.

Skoro krawcowe uszyły zupełnie nową suknię w kwadrans, wypadałoby powiedzieć z jakich zaklęć korzystały. Bo zrobienie pełnowymiarowej, ozdobnej sukni ślubnej, w dodatku dla księżniczki, musi zająć więcej czasu. Chyba, że Dianę ubrali w worek lub doszyli do starej sukni kilka zielonych kawałków.

Księżniczka stała w długiej po kostki sukni ślubnej z zielonymi liśćmi.

Wygląda to tak, jakby stała w sukni, która miała liście. W sukni ślubnej w zielone liście.

Jakaś chora intuicja podpowiadała Dianie, że to właśnie jej przyszły małżonek.

Czemu „chora intuicja”? Zwykła, skoro mówiono jej, że jest w jej wieku, a do wyboru ma jego i siwobrodego staruszka. Choć pozwolę sobie zauważyć, że w przypadku sojuszy zawieranych drogą małżeństwa, ten drugi też byłby całkiem prawdopodobny.

Powinnaś też gdzieś poruszyć kwestię wieku elfów. Bo Diana ma siedemnaście lat i gdyby była ludzką księżniczką, już od kilku dobrych lat pewnie miałaby męża. A już na pewno byłaby z jakimś zaręczona. Jeśli u elfów panują odmienne tradycje związane, na przykład, z długowiecznością, wypadałoby to gdzieś odnotować.

Rozdział 5

Szkoda, że ominęłaś ceremonię powitalną – bądź co bądź, ona tam poznaje przyszłego męża, z którym spędzi resztę życia, a opis tego elfa był naprawdę skromny. W tym fragmencie można by ładnie pokazać, co sobie o nim myśli, jak on się zachowuje, jak mówi, jakie sprawia wrażenie... Bo to musiała być dla niej ważna chwila.

zaczął, gdy znaleźli się poza zasięgiem innych.

Bez przyzwoitki, bez towarzystwa? Przed ślubem? I w ogóle niechronieni? To dwoje bardzo ważnych ludzi, nie można ich puszczać w samopas, zwłaszcza kiedy wiemy, że w lasach są takie pająki jak ten z rozdziału pierwszego.

Skoro Diana miała żal do ojca o ten ślub, to tu też brakuje mi informacji. Planowane śluby były normą, czy wyjątkiem? W drugim przypadku jej zachowanie jest uzasadnione, ale za to nie pasuje to do obrazu świata, jaki dotychczas mamy. Jeśli takie aranżowane małżeństwa są normą, to żal nawet nie przyszedłby jej do głowy, bo uważałaby to za zupełnie normalne.

I przyszedł czas na ślub. Powiem Ci, że mam tutaj pewną trudność – przez to, że dość niewyraźnie rysujesz zasady, jakimi rządzi się świat magii, nie wiem, czy tak zawsze u nich wyglądają śluby. Tak czy inaczej – wydaje się to bardzo mało prawdopodobne by jakiekolwiek królewskie wesele zadowoliło się chwilką po obiedzie i dwoma dniami przygotowań. A co z gośćmi? Przecież trzeba ich powitać, przyjąć podarki, urządzić ceremonię, potem całe przyjęcie, ucztę... Śluby są też okazją dla królestwa do pokazania stylu, do zaimponowania gościom. A ci tutaj wybierają ozdoby na dzień przed. Ten ślub wygląda jak w miarę cicha, prywatna ceremonia.

Dobry pomysł z tą syreną, przyznam. Tak się tylko z ciekawości spytam, czy syrena jako śpiewaczka była inspirowana „Monster High”?

Rozdział 6

Jest pewien duży problem z Orsay. A konkretnie – z jej rasą (czy też może umiejętnościami). „Syrena” brzmi dobrze, niech i dziewczyna będzie widzieć przyszłość, ale stanowczo nie nazywaj jej „syrena-widmo”. Po pierwsze, „widmo” nie kojarzy się za bardzo z widzeniem przyszłości i lepiej sprawdziłoby się widząca, wiedząca, wieszczka lub coś w ten deseń. Po drugie, ta nazwa odstrasza. Gdybym zobaczyła na losowym blogu rasę „syreno-widmo”, mój pobyt na nim bardzo szybko by się urwał. Ta nazwa brzmi źle.

Jeśli upierasz się przy widmie, to stanowczo lepiej wyglądać będzie po prostu „syrena i widmo”.

Powinniśmy przyspieszyć.
Ruszyli galopem


Chcesz mi wmówić, że oni wcześniej sobie powolutku przemierzali las? Uciekając z wesela? Ścigani przez straż?

Widać wyraźnie, że w pełnię coś się specjalnego dzieje, bo twierdzą, że jest bardziej niebezpiecznie, kiedy śpi się w grocie. Trudno mi jednak jakkolwiek się tym przejąć, bo nic więcej nie dodałaś. Pełnia, jest niebezpiecznie, koniec. Nie mam pojęcia, czemu mam się bać.

Wykreowałaś bardzo niekompetentnych strażników – mijają, najwyraźniej jadąc tuż obok, trzy konie przywiązane do drzewa. To chyba dość łatwe do spostrzeżenia? Gdybyś napisała, że jadą dalej, że ścieżka jest głębiej w lesie, byłoby w porządku, ale brak opisów powoduje dziury logiczne.

- Dosko.

To jest jakaś elfia wariacja od „bosko”? Czy literówka się wkradła?

Rozdział 7

Z reakcji Diany wynika, że nie wiedziała wcześniej o Murze. I żadnych pytan nie zadaje, nie wydaje się ani trochę zaskoczona? Ani ociupinkę? Nie pyta, co dokładnie jest zanim, czemu o tym nie wie, czemu wizja zawierała takie szczegóły jak strażnicy zmieniający się tak, że następuje dwuminutowa przerwa (co samo w sobie jest nieprawdopodobne, bo gdyby chcieli tego bronić, po prostu strażnicy odchodziliby ze zmiany po przybyciu zmienników)? I właściwie czemu księżniczka ciemnych elfów, osoba zapewne wykształcona i ważna, nie została nigdy poinformowana, że istnieje jakiś Mur?

Decyzję o ucieczce w zupełnie nieznany świat podejmują bez żadnego zastanowienia – bo Orsay widziała. Na Twoim miejscu gdzieś tutaj wyjaśniłabym co dokładnie umieją widma. Widzą pewną, ustaloną przyszłość? Możliwą przyszłość? Losowe urywki, czy wydarzenia, które chcą poznać? Mogą skupić się na danej osobie, czy oglądają dowolne? A może ich dar dotyczy tylko wydarzeń z nimi związanych? Wprowadzasz umiejętność i nic na jej temat nie mówisz.

I skoro to jakaś ważny mur, pisany przecież wielką literą, to przejścia nie mogą stanowić drzwi z klamką (chyba, że jest uwarunkowane zewnętrznym czynnikiem fantastycznym, odwiecznym prawem itd. Ale wtedy musisz o tym wspomnieć). Tam powinna być przynajmniej krata, a może i jakieś ładne sztaby, zamki, ciężkie okucia… Bo jak na razie zrozumiałam, że przechodzenie na drugą stronę jest niemile widziane.

Rozdział 8

Piszesz, że Diana czytała o świecie ludzi w książkach, a wciąż nie nakreśliłaś nigdzie roli, jaką pełni Mur i ten drugi świat. Chodzą tam? Nie chodzą? To zabronione czy po prostu niepopularne? Która rasa strzeże Muru i czemu strażnicy nie widzieli zamykających się drzwi? Jak on wygląda, jak przebiega? Dzieli cały świat? Czy jest ułożony w kształcie koła, a to drzwi do innego wymiaru? To podstawowe informacje o dość ważnym obiekcie. Skoro odbyły się jakieś wyprawy do świata ludzi, czemu nie mają elektryczności i innych wynalazków i dalej przemieszczają się konno? Tutaj po prostu brak jakichkolwiek informacji.

Skąd też u Orsay umiejętność teleportacji? Już wcześniej to zrobiła, a nigdzie tego nie wyjaśniasz, bo wiemy tylko, że ma magiczny głos i widzi przyszłość.

Ogromne wieżowce, tłumy ludzi i wiele, wiele innych, równie niepokojących rzeczy.

Jako że mówisz o tym, co widzi Diana, która jeszcze tu nie była, powinnaś to chyba pokazać bardziej z perspektywy elfa, który, skoro widzi „wiele niepokojących rzeczy”, to nie wie, co to wieżowce.

- Nie wiemy jeszcze na 100%.

Liczby generalnie zapisuje się słownie, lepiej to wygląda. A już procenty nie mogą być znakiem.

Skąd w ogóle wiedzą, że to wilkołak? Mają takie u siebie? Wiedzą, że te tu żyją, mają zdjęcia, ryciny, cokolwiek?

- To wilkołak - wrzasnęła, odskakując do tyłu. - Dlatego nas śledził.

Tu nie ma ciągu przyczynowo skutkowego. Czemu wilkołak miałby ich śledzić? Nie lubią się z elfami i generalnie szpiegują każdego napotkanego?

No i jak na uciekinierów, którzy próbują wyrwać się pogoni, dość łatwo ich przekonać do zaufania zupełnie obcej osobie, o której wiedzą tylko, że zna okolicę.

Rozdział 9

Zostawianie tych koni specjalnie rozsądną rzeczą nie było. Skoro wszyscy strażnicy zostali postawieni na nogi, powinni umieć połączyć fakty, a nawet jeśli ci pilnujący bramy jeszcze nie otrzymali najnowszych informacji, powinni chyba poinformować jakiegoś ich przełożonego o tym, że kilka osób być może przeszło na drugą stroną (bo trzy konie chyba są dość wyraźną wskazówką).

Skoro Luke coś tam o ludziach wie, powinien też zdawać sobie sprawę z faktu, że w dużym mieście te dziwne stroje po prostu skojarzą się z jakimś przebraniem – czy to występami ulicznymi, czy to spotakaniem fanów jakiegokolwiek fantasy… Albo i za normalne ubrania. Bywają dziwniejsze rzeczy w miastach, które mają tyle wieżowców (bo z tego wnioskuję, że to nie jest jakaś prowincjonalna dziura, tylko dość duża metropolia).

Tak przy okazji – po jakiemu mówią? Można założyć, że elfy mówią tym samym językiem co ludzie, dobrze, ale którym? Czyżby mieli jakiś nadprzyrodzony dar języków? A jeśli elfy mówią po elficku, to skąd nasi bohaterowie znają któryś ludzki język, jak angielski?

Jak działa teleportacja Orsay? Może się przemieszczać nawet w miejsca, których nigdy nie widziała i nie wie, gdzie leżą? Bo trudno chyba byłoby logicznie uzasadnić czemu trafiła na „Colander Street”. Na całym swiecie musi ich trochę być. Powinna przynajmniej obejrzeć mapę… Już nawet podanie współrzędnych byłoby bardziej prawdopodobne, bo teraz Orasy ma właściwie możliwość przeniesienia się gdzie chce, w dowolny podany jej adres.

Jedna z najważniejszych zasad opowiadań – nie wstawiamy zdjęć do tekstu. Sukienkę można bez problemu opisać, co doda scenie wiarygodności – niech Diana doda coś od siebie, jak to tkanina jest dziwna w dotyku, krój też jakiś obcy… I raczej nie widuje się książek, które w środku rozdziału mają wstawione zdjęcia.

Rozdział 10

- Aha, więc z kina nici - westchnęła, z udawanym smutkiem.

Czemu udawanym? Przecież Luke jest jej bliski, a przed chwilą była autentycznie zasmucona, że w aucie są inni ludzie. Ten fragment sugeruje, że wcale nie chciała do tego kina iść, a poprzedni, że żałuje, że to nie dojdzie do skutku.

Diana zaczęła przyglądać się kroplom deszczu, powoli spływającym po szybie.

Jak mogły spływać powoli Westchnęła trakcie płynnej i szybkiej jazdy samochodem?

Diana czym prędzej wskoczy pod kołdrę i zapadła w głęboki sen, z którego wyrwały ją wrzaski, dobiegające z kuchni.

Nie zadawała pytań najwyraźniej nowy świat, nie sprawdziła dokładniej nowego towarzysza, tylko po prostu poszła do obcego pokoju i położyła się spać?

Westchnęła i sięgnęła po pierwszą lepszą bluzkę (sukienki nie włoży).

A przecież właśnie sukienka powinna być dla niej bardziej naturalna, skoro według Twojego opisu ciemne elfki noszą długie, czarne suknie, a nasza bohaterka nie potrafiła ubrać spodni nawet na czas ucieczki.

I właściwie czemu się ubiera? Nie przebierała się do snu, tylko od razu położyła do łóżka, więc jest w normalnym ubraniu. I bierze cudze ubrania bez pytania?

Diana czym prędzej wskoczy pod kołdrę i zapadła w głęboki sen, z którego wyrwały ją wrzaski, dobiegające z kuchni.

Nie zadawała pytań najwyraźniej nowy świat, nie sprawdziła dokładniej nowego towarzysza, tylko po prostu poszła do obcego pokoju i położyła się spać?

do kubka i rozsiadła się wygodnie na parapecie okna, tak jak miała w zwyczaju w swojej komnacie.

To wypadałoby wspomnieć, jaki tu mają parapet. Bo nie każdym da się usiąść, większość jest za wąska. Dodam też, że siadanie na parapecie z herbatą/kakaem jest chwytem dość oklepanym i bardzo często używanym.

Podoba mi się to, że pokazujesz Dianę, która tak naprawdę wcale nie chciała uciekać, tylko nie wie, jak teraz mogłaby wrócić. Trochę sprawę psuje fakt, że jako księżniczka, nawet gdy wróci, nie może zostać porządnie ukarana, zwłaszcza, że wychodzi za mąż i ojciec nie będzie miał nad nią władzy.

Miała już dość ukrywania się i ciągłego życia w strachu.

Ona tylko kilka dni jest poza domem, a nigdzie też nie pokazałaś wysiłku ukrywania się i tego wielkiego strachu. Zdaję sobie sprawę z tego, że jest delikatną, nieprzystosowaną do takiego życia księżniczką (co, jak już pisałam, gryzie się bardzo z opisem rasy jaki przedstawiłaś i zachowaniami reszty jej przedstawicieli), ale nie pokazałaś, żeby tak naprawdę bardzo się bała, czy była jakoś niesamowicie zmęczona.

wpadł wysoki, napakowany mężczyzna.

Pomyślałabym nad doborem określeń, bo słowo „napakowany” nie brzmi dobrze w opowiadaniu fantasy.

Głównym problem całego opowiadania jest niedoinformowanie. Miałam często problem z napisaniem co możesz poprawić, bo nie miałam podstaw. Bohaterzy biegają po bliżej niezidentyfikowanym świecie, nie wiadomo, jakie są relacje między nacjami, co to właściwie Mur… A wszystkie postaci nie grające głównych ról (czyli głównie strażnicy i poszczególni władcy) są zwyczajnie głupi. Próbujesz przekazać czytelnikowi, że połączone siły dwóch królestw nie są w stanie przeprowadzić sensownych poszukiwań trójki osób? Które w dodatku uciekały zupełnie chaotycznie? Nie potrafili obronić ślubu, znaleźć ich w lesie (mimo że podobno ciemne elfy spędzają tam całe dnie na polowaniach), przypilnować jednej bramki.

Cały wątek ucieczki opiera się na całkowitym braku myślenia u strażników. Czytając, nie sposób wczuć się jakoś w bohaterów – ich problemu rozwiązywane są szybko, bez większego wysiłku przez Orasy lub łut szczęścia. Gdy trafiają do zupełnie obcego świata pełnego nieznanych im rzeczy, prawie zupełnie ignorujesz ich zaskoczenie i skołowanie, a pojawiające się trudności usuwasz pojawieniem się Luke’a, który od teraz się nimi opiekuje. Diana ignoruje inne zwyczaje, budynki, miejsca, jedyna rzecz, jakiej się dziwi, to samochód.

Postaci nie poprawiają sytuacji. Główna bohaterka jest głupiutka, nie planuje i nie ma żadnych przydatnych umiejętności. Niekiedy pokazuje charakterek, nawet potrafi postawić na swoim i odmówić w imię rozsądku, ale ta jej bezradność nie idzie w parze z wizerunkiem księżniczki ciemnych elfów. Z jednej strony to lud łowców, wojowników, z drugiej zaś – księżniczka nie nosi żadnej broni, ma tylko dwóch strażników, a na widok wielkiego pająka nawet nie myśli o jakiejkolwiek obronie. Te dwie rzeczy zupełnie ze sobą nie współgrają zwłaszcza, kiedy pokazujesz nam jej ojca, który, jak twierdzisz, cały czas jakieś wojny prowadzi. Nie zadbał o nauczenie córki czegokolwiek? Miał ją zabrać na polowanie, z czego wnioskuję, że Diana dobrze jeździ konno i przynajmniej jednej broni używa na przyzwoitym poziomie. Więc czemu w dalszych rozdziałach malujesz ją tylko jako ładną i wdzięczną elfkę? Rozumiem nieporadność, nieprzystosowanie do życia, to owszem. Ale bez charakterku, jakiejś zadziorności niespecjalnie pasuje na księżniczkę ciemnych elfów w takiej postaci, w jakiej ich przedstawiłaś.

Orsay jest dość bezbarwna. Wcześniej pisałam już o nieścisłościach związanych z jej mocami - czytelnik nigdy nie dowiaduje się, jakie są jej możliwości, jakie są ograniczenia, jak te moce działają, a ona już od jakiegoś czasu jest postacią ważną. Przez to mam wrażenie, że jest tam tylko po to, by wygodnie wybawić ich wszystkich z opresji, kiedy Diana i Jacob musieliby się napracować i trochę zaryzykować.

Sam Jacob ma zadatki na interesującą postać, ale dość rzadko bierze czynny udział w rozmowach, przez co czytelnik zaczyna go trochę ignorować. Jest na zabój zakochany w królewnie, podoba mi się, że opisujesz, że właściwie nie dba o nic, tylko chciałby z nią być i nie do końca zauważa, że dziewczyna ma inne zdanie. Ale znów – jego postępowanie nie licuje z tym niesamowicie uzdolnionym strażnikiem. Czy taki dobry strażnik pod wpływem impulsu porwałby ukochaną, nie planując zupełnie, co po tejże ucieczce zrobi? Albo będzie młodym elfem pod wpływem młodzieńczej miłości, albo zaufanym strażnikiem pilnującym księżniczki.

Postaci zupełnie poboczne wychodzą Ci w sumie chyba najlepiej – zarówno ojciec Diany jak i David, mają w sobie coś, co budzi sympatię. Król jest pogodny, stanowczy, wie, jak się rządzi, choć wyraźnie ignorujesz jego postać – córka mówi o nim tyle, że prowadzi wojny i morduje ludzi. Jakie wojny, tego już nie wiemy. Mimo wszystko w rozmowach król wypada dość dobrze. David też ma swoje plusy – choć o chłopaku niewiele wiadomo, stara się dostosować do sytuacji, polubić Dianę, a później także odzyskać narzeczoną. Mają potencjał, o wiele lepszy niż główni bohaterowie.

Opisów praktycznie brak. Najważniejsze rzeczy, jak ubiór, zazwyczaj przedstawiasz kilkoma słowami, bohaterów podobnie – tutaj radzę ich nie opisywać kolorem włosów i oczu, bo świadczy to o braku bogatego zasobu słownictwa – a poza tym, czy to są właśnie najważniejsze rzeczy, jakie wyróżniają daną osobę z wyglądu? Nie mam pojęcia, jak wyglądają miejsca, w których toczy się akcja – pomieszczenia zamkowe, grota, Mur… Czasem coś napiszesz, jak w przypadku ziemskiego domu Luke’a, ale wciąż jest to za mało, by zobaczyć dane miejsce. Przez to świat przedstawiony nie istnieje i właściwie nie wiemy, na jakiej zasadzie działa. Z uczuciami też nie za dobrze – brak chociażby pokazania porządnego szoku, jaki musiał nasz świat wywrzeć na elfach, wrażenia, jakie mieli, gdy po raz pierwszy zobaczyli nieznane im widoki. Opisy są stanowczo rzeczą, nad którą musisz mocno popracować.

Dialogi są często napisane błędnie (zasady pisania dialogów znajdziesz w „Poprawności”, poniżej wypunktowanych przeze mnie błędów, więc nie będę ich przepisywać dwa razy), a poza tym brzmią czasami dość infantylnie, stanowczo nie pasując do takiej ważnej i wykształconej osobistości, jaką musi być księżniczka. Pasują raczej do młodych nastolatków, nie elfów z innego świata. Dodatkowo nie mają indywidualności – król mówi w tym samym stylu, co Luke, więc nad tym trzeba popracować. Są krótkie i trochę sztuczne niekiedy.

Zbyt często używasz dużej ilości zdań prostych, kiedy o wiele ładniej i wygodniej wyglądałyby połączone, a czytelnikowi czytałoby się wtedy bardziej płynnie.

Podsumowując – jeśli chciałabyś naprawdę zrobić z tego dobre opowiadanie, to ja radzę zacząć od początku, starając się lepiej przedstawić świat i pracując nad wszystkimi powyższymi podpunktami. Przede wszystkim najpierw, na Twoim miejscu, przemyślałabym konstrukcję całego świata elfów i wplotła ją gdzieś w rozdziałach początkowych, rozbudowała dialogi, pokazała więcej uczuć bohaterów i bardziej ich zróżnicowała. Czeka Cię dużo pracy.

8/60

4. Poprawność


Wypiszę błędy dokładnie z trzech rozdziałów.

Rozdział 1

Czarnowłosa, ciemna elfka o imieniu Diana

Bez przecinka, bo „ciemny elf” to u Ciebie nazwa rasy. Teraz to wygląda jakby elfka była ciemna i czarnowłosa.

pędziła na czarnym mustangu przez duży las(przecinek) zwany przez miejscowych Lasem Zguby.

Albo to zrobi(przecinek) albo... .

Albo trzy kropki, albo jedna.

- I siedź cicho - fuknęła(przecinek) przywiązując uzdę do drzewa.

Jeśli szybko czegoś nie wymyśli(przecinek) zostanie złapana i odprowadzona do zamku ojca.

Gdy usiadła wygodnie na ostatniej solidnej gałęzi(przecinek) usłyszała zbliżające się straże.

Teraz pewnie zastanawiacie się(przecinek) dlaczego uciekała przed strażą.

Nagle coś uderzyło ją w ramie i runęła w duł.

Dół. Ten ortograf aż boli.

Co mogło strącić ją z drzewa.

Pytajnik zjadło.

Gdy tylko blondynka dojrzała ciemną elfkę(przecinek) od razu do niej podfrunęła.

Wiedziała(przecinek) kto ocalił jej życie.

Jedynym(przecinek) którego znosiła. Był w jej wieku(przecinek) co rzadko się zdarza.

Rozdział 6

- Daj spokój(kropka) - Jacob wyglądał na urażonego.

Mogę wiedzieć kim jest ta dziewczyna(pytajnik) - podbródkiem wskazała jadącą za nimi rudowłosą.

- A(przecinek) ona. Orsay, (bez przecinka) to połączenie syreny z widmem(kropka) - uśmiechnął się lekko.

A “uśmiechnął” z dużej litery.

- Nie chcę wam przeszkadzać(kropka) - posłała im znaczące spojrzenia.

I „posłała” z dużej.

- Ale nie mam pojęcia(przecinek) dokąd jedziemy.

Ruszyli galopem(przecinek) co utrudniały im rosnące gęsto drzewa.

Orsay jechała przodem(przecinek) wyznaczając trasę.

- Ty też? - spojrzał z wyrzutem na syrenę.

„Spojrzał” z dużej litery.

W przeciwieństwie do ciebie(kropka) - rozpłynęła się jak dym(przecinek) zostawiając konia bez jeźdźcy.

„Rozpłynęła” z dużej litery. I „jeźdźca”, nie „jeźdźcy”.

Cudem strażnicy przejechali koło nich obojętnie. Gdy wychylili się z groty krzyki ucichły.

Ci strażnicy się wychylili?

- Co to(pytajnik) - kucnęła obok niego i rzuciła mu zaciekawione spojrzenie.

„Kucnęła” z dużej litery.

- Jak sobie chcesz - bąknęła i ruszyła do miejsca gdzie ukryli ,, bagaż ''.

Bez tych spacji między cudzysłowem, a słowem w środku.

Gdy dotarła do celu(przecinek) obok niej pojawiała się nagle Orsay.

Teraz wpadła po uszy w błoto(przecinek) w które sama się pchała.

Rozdział 10

O tej porze, (bez przecinka) na drogach nie było wielkich korków.

Wilkołak zaparkował samochód, (bez przecinka) przed ogromnym, nowoczesnym wieżowcem.

- To moi znajomi(kropka) - Luke pocałował ją w policzek i zapiął pasy.

Za oknem, pomimo późnej godziny, było całkiem jasno. Wielki lampy, oświetlały jezdnię, a w każdym domu paliło się światło.

To było jasno, czy trzeba było zapalać światło w domach? I „wielkie”, nie „wielki”.

Leżała w łóżku, (bez przecinka) z białą pościelą

Na seledynowych ścianach, (bez przecinka) wisiała chyba cała kolekcja obrazów

Elfka nie miała najmniejszego zamiaru, (bez przecinka) sprawdzać(przecinek) o co chodzi.

Na widok Lindsay ewidentnie pochmurniała.

„Spochmurniała”, chyba, że Diana już wie, że Orasy pochmurnieje za każdym razem, gdy widzi Lindsay.

Diana czym prędzej wskoczy pod kołdrę i zapadła w głęboki sen

„Wskoczyła”.

Niestety, nie znalazła nic(spacja)odpowiedniego.

Na jej widok, (bez przecinka) obydwaj zamilkli, a ich twarze przybrały obojętny wyraz.

Obydwoje, są różnej płci.

Dziewczyna nie miała zamiaru pytać ich(przecinek) o co chodzi.

Oni najwyraźniej pomyśleli to samo. (spacja)Czarnowłosa nalała sobie ewidentnie przesłodzonej herbaty

Dla kogoś patrzącego z boku na to(przecinek) co ich spotkało(przecinek) nie miało to najmniejszego sensu.

Duży problem masz z interpunkcją – największy z nadprogramowymi przecinkami, które pojawiają się w złych miejscach, a i zapominać o nich też Ci się zdarza. Jest trochę literówek, z poprawnością w porządku, ale nad interpunkcją musisz stanowczo jeszcze popracować, bo akurat tutaj błąd na błędzie jest. Wystarczy spojrzeć na ilość błędów i długość rozdziałów.

Zdarzają się też błędy w budowie dialogów, czasem budujesz je niepoprawnie. Dwie podstawowe zasady:

- Jeżeli komentarz narratora dotyczy sposobu mówienia (powiedział, wrzasnął, szepnął), piszemy go z małej litery, a kropkę na końcu wypowiedzi bohatera pomijamy (pytajnik lub wykrzyknik zostają).
Na przykład:

- Gdzie idziesz? – spytał.
- Do kina – powiedziałam.


- Jeżli komentarz narratora dotyczy czegokolwiek innego, jest traktowany jak zwyczajne zdanie i zaczyna się z dużej litery. Kropki wówczas nie pomijamy:

- Nie dzisiaj. – Pokręcił głową.

5/20

5. Ramki


„RASY”

Każda elfka z dostojnego rodu elfów ma zielone oczy i koniecznie rozpuszczone, długie blond włosy.

Czyli jeśli zwiąże je w kucyk, to już dostojnym elfem nie będzie?

Mają opadające na oczy blond włosy i zielone oczy.

Znów – jeśli przypadkiem któryś sobie obetnie grzywkę, zmienia mu się przynależność rasowa?

Umieją się bardzo dobrze skradać. Są bardzo szybkie i doskonale umieją chodzić po drzewach

To nie są cechy charakteru, to tylko zdobyte umiejętności.

ciemne elfki noszą czarne, długie suknie

Bo są takie praktyczne na polowaniach, prawda? I piszesz, że faceci zmieniają ubrania z eleganckich, więc wnioskuję, że kobiety latają po lesie w powłóczystych, czarnych sukniach.

Mają czarne włosy które obowiązkowo muszą ściągać w kucyk albo warkocz

Ten opis brzmi tak, jakby za noszenie rozpuszczonych włosów groziła jakaś straszna kara. I zjadło przecinek przed „które”.

mają ciemne stroje, które ułatwiają im maskowanie się.

Ale chodzą tylko po ciemnych, ciemnych lasach? Czarne ubranie nie jest najlepsze do krycia się. Lepiej sprawdzają się brudne szarości, a w przypadku lasów brązy i zielenie.

Są bardzo przyjazne i żyją w zgodzie z wszystkimi rasami ( nawet ciemnymi elfami )

Zeżarło kropkę.

Przy okazji, to jest definicja mustanga (z wikipedii):

Mustang – rasa zdziczałych koni, wywodzących się od koni przywiezionych do Ameryki Północnej z Hiszpanii w XVI wieku przez hiszpańskich konkwistadorów. Część przywiezionych przez nich koni, w różnych okolicznościach dostała się na wolność i wtórnie zdziczała, tworząc na prerii nową rasę.

Skąd zatem elfy miały amerykańskie konie? I czemu jeździły na zdziczałych?

Ja wiem, że Twój świat, że możesz wymyślić, co chcesz, ale nie sądzę, żeby dobrym pomysłem było określanie rasy krasnoludzkiej przez brak dbałości o higienę. Takie coś może wyglądać rozsądnie gdybyś to jakoś logicznie uzasadniła, nie wiem, religia, zacofanie i odcięcie od świata… Ale to tak os razu wprowadza podział na inteligentne elfy i barbarzyńskie krasnoludy.

czarodzieje są zabawni, ale potrafią być też okrutni.

Są zabawni nasuwa tu na myśl jakiś rodzaj zwierzątka. Wszyscy sobie tak na nich patrzą i się uśmiechają, bo tacy są zabawni. A wtedy okrucieństwo niespecjalnie współgra.

Zazwyczaj przemieszczają się na nogach z wielką drewnianą laską u boku.

Przemieszczają się pieszo brzmi o niebo lepiej.

Sam pomysł podziału na rasy uwzględniającego ubiór w takich szczegółach… Typ ubioru, styl, to bym zrozumiała – ale tutaj wychodzi na to, że cała rasa ubiera się tak samo, w dokładnie te same ubrania. I za dobre wybory to nie są – hasające po łąkach i latające elfy noszą różowe przepaski zamiast spódnic, a te polujące całymi dniami powłóczyste suknie. I czemu te kolory? Bo powinno być logiczne uzasadnienie – barwniki takie występują w określonych miejscach, to kolory znaczące w historii czy podaniach? Co zmusza ich do noszenia tylko kilku rodzai ubrań? Bo same kolory mogłyby się sprawdzać, choć też w wypadku społeczeństwa, nie rasy – a bo religia, uwarunkowania społeczne itd. Ale w tym momencie to służy chyba tylko temu, żeby rasę się dało rozpoznać na pierwszy rzut oka, co sprawia wrażenie bardzo prymitywnego sposobu na zróżnicowanie.

„BOHATEROWIE”

Rada numer jeden – naprawdę postaraj się unikać dawania tak oczywistych imion znaczących w języku angielskim. Jeśli koniecznie chcesz jakieś znaczenie, powinnaś sięgnąć po jakiś język bardziej egzotyczny, bo nadawanie komuś nazwiska „Darkness” (dla nie znających angielskiego – ciemność) czy „Brave” (odważny”) to chyba trochę przesada.

Rada numer dwa – ta zakładka jest naprawdę zbędna. Bohaterów powinno podawać się w tekście. Już szczególnie źle jest umieszczać w niej zdjęcia, a jeśli już to robisz, powinny pasować do opisu. Główna bohaterka ma czarn włosy, a na zdjęciu jest to ewidentnie jasnobrązowy.

Także już w tej zakładce poczułam się nieco skołowana – masz spis ras, w którym, jak sama informowałaś, są wszystkie występujące u ciebie rasy. A tutaj pojawiają się dwie, których nie opisałaś – syreno-widmo i wilkołak. Skąd oni?

Błędów w zakładce brak.

„SPAMY”

Jeśli chcesz(przecinek) zostaw tu reklamę

„Jak zaobserwować?”

Następnie zjeżdżasz na dół i pod napisem "Lista Czytelnicza" znajduję się przycisk "Dodaj" klikasz na niego

Znajduje. A po niego nagle tekst przeskakuje do drugiej linijki, choć nie jest to koniec zdania.

( najlepiej skopiuj z białego paska na górze )

Nie robimy spacji między nawiasem a literą (o tak).

Podaj adres bloga(przecinek) na którym mam pisać powiadomienia o nowych rozdziałach.

„LIEBSTEN AWARD”

Przede wszystkim – Liebster Award.

Tak jak w poprzednim Twoim blogu, którego niedawno oceniałam, masz tu pełną paletę kolorów, co radzę trochę ujednolicić. Zwłaszcza początek, gdzie tekst jest na białym polu i ledwo go widać.

Teraz jestem prawie pewna, że część tych kolorów to wypadek przy pracy – w nominowanych blogach dwa ostatnie są nagle w innym kolorze. Radzę spędzić po prostu nad tym trochę czasu i wszystko uporządkować.

Niebieskie słuchawki, torbę z nadrukiem wiedzy eiffla,

Wieży Eiffla. Literówka w wieży, a nazwy własne piszemy z wielkiej litery.

ale jak komuś chce się to czytać(przecinek) to piszę.

Leń zemnie.

Leń ze mnie.

„ZWIASTUN”

Na Twoim miejscu zmieniłabym nazwę filmiku, jeśli to możliwe, bo „Zwiastun dla Diany Landris – poprawione” to tylko nazwa zamówienia. Najlepiej na coś z tytułem opowiadania.

Na filmikach się, powiem szczerze, nie znam, więc moje uwagi są raczej uwagami zwyczajnego widza. Ale są. Po pierwsze, filmiki są pokratkowane, przeskakują gwałtownie i przez chwilę zastanawiałam się, czy ktoś u mnie nie blokuje łącza. Po drugie – nie oglądam wielu filmów, naprawdę, wszystkich nie wyłapałam, ale przewijają się chociażby fragmenty „Władcy Pierścieni”, „Narnii”, „Igrzysk Śmierci”, „Zmierzchu” (no, którejś części), „Doctora Who” (choć to rozumiem, bo wybrałaś jedną z towarzyszek na wizerunek bohaterki) i chyba też z „Kill Bill’a”. Trochę za dużo rozpoznawalnych.

A i dobrym pomysłem nie było wpakowanie do opowiadania wilkołaka o imieniu Jacob i przedstawieniu go filmowym Jacobem Black’iem. A na samym końcu adres bloga dość nieładnie rozbija się na dwie linijki w środku słowa „blogspot”. Więc powiem szczerze, zwiastun nie powala na kolana.

Jak chodzi o linki – katalogi-opowiadan.blogspot.com, wiśniowe--oceny.blogspot.com (o tym blogu już pisałam w wystawianej Ci niedawno innej ocenie), ocenialniabloguw.blogspot.com nie istnieją. Poza tym wszystko w porządku.

1/5

6. Statystyki


Generalnie wszystko w porządku.

5/5

7. Inne


Punktów dodatkowych brak.

0/5

8. Podsumowanie


Choć przykro mi to mówić, dobrze nie jest. W opowiadaniu jest wiele do poprawy i na Twoim miejscu znalazłabym kogoś, kto czytałby te rozdziały przed publikacją i wychwytywał błędy (nie mam tu na myśli interpunkcji). Jeśli chcesz dalej dodawać nowe rozdziały, to radzę najpierw poprawić stare i lepiej zarysować nam świat, w którym dzieje się akcja. I ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć, bo to jedyne wyjście, by poprawić własny styl.

Razem to wszystko daje ci 31 punktów, czyli ocenę dopuszczającą.